Wydawnictwo FA-art Grzegorz Tomicki: Słowo w obronie większości
 tu jesteś: strony autorówGrzegorz Tomicki

Słowo w obronie większości

„Istnieją grupy tworzące dyskursy, ich fani i przeciwnicy, na przykład terapeuci i menedżerowie. Lecz inni ludzie, jak nie omieszkał sucho zauważyć Luhmann, mają akurat coś innego do roboty. Narzekanie na to, że istnieją inne dyskursy, byłoby podważaniem naszej własnej obrony pluralizmu”. [Siegfried J. Schmidt]

Parafrazując Siegfrieda J. Schmidta, cytującego, a może także i parafrazującego – trudno dociec, co dokładnie w powyższym fragmencie od kogo pochodzi – Niklasa Luhmanna, można by rzec, iż istnieją wprawdzie różni poeci stosujący rozmaite strategie liryczne, które mają swoich fanów i przeciwników, ale większość ludzi ma akurat coś innego do roboty. Coś niewątpliwie bardziej ich interesującego. Czytają na przykład prozę, reportaże, dokumenty tudzież inne bardziej lub mniej narracyjne formy sztuki pisarskiej, traktując (odczuwając) je jako konwencje bardziej przyjazne, „naturalne”, bliższe codziennego posługiwania się językiem, najczęściej po prostu „łatwiejsze w użytku” od poezji.

Byłoby pół biedy. Prawda (statystyczna) jest jednak taka, że większość ludzi nie dlatego nie czyta poezji, ponieważ preferuje inne literackie gatunki i utwory w tychże gatunkach pasjami jeden po drugim pochłania, nie bacząc na czas, koszta tudzież rozmaite niebezpieczeństwa dla zdrowia psychicznego z uprawiania procederu tego wynikające.

Prawda jest taka, że większość ludzi zwyczajnie nie czyta żadnej literatury. Bo ma akurat co innego do roboty. Coś niewątpliwie bardziej interesującego. Nie powiem co, iżby niepotrzebnie nie bruździć, nie mącić, nie obrażać – bo nie ma powodu. Rozmaite ludzkie zatrudnienia czy sfery aktywności należące do formalnie nieporównywalnych porządków nie podlegają w zasadzie żadnym prawomocnym porównaniom, a zwłaszcza dokonywanym na ich podstawie próbom wartościowania. Nijak się ma po prostu poezja do rosołu z makaronem, jako rzecze Poetka. Nikogo też zasadnym argumentem od talerza nie odciągniesz, na wiersz nie namówisz.

Malutka dygresja: można wprawdzie próbować sprowadzać wszelką aksjologię do wspólnego mianownika, aczkolwiek wyłącznie, jak się wydaje, dla żartu: „Odbierając kilka tygodni temu [dystans czasowy już nieaktualny] w Strasburgu Europejską Nagrodę Literatury za rok 2008, swoje przemówienie [Tadeusz Różewicz] poświęcił poetom, strasburskiej katedrze i… pasztetowi. Bo uznał, że mistyka i metafizyka kuchni oraz poezji są w duchowym jadłospisie człowieka równie uprawnione” [M. Urbanek, „Wieża Cisnień”, dodatek do „Gazety Wyborczej”, 25.04.2008]. Co jednak wolno Różewiczowi, to nie byle smrodowi.

Nikogo zatem zasadnym argumentem od talerza nie odciągniesz, na wiersz nie namówisz. Także i z tego względu, że każdy indywidualny system przekonań i pragnień, jako operacyjnie zamknięty, korzysta z własnych kryteriów oceny, własnej hierarchii wartości i stosuje własne „racjonalne” i „prawomocne” argumenty świadczące na jego korzyść. To jest, na przykład, na korzyść rosołu z makaronem, pasztetu albo i klusek śląskich – bo dlaczego by nie? – a na niekorzyść poematów prozą lub vilanelli, którymi nikt się nigdy nie najadł. Są to argumenty „nie do zbicia” w ramach określonej gry językowej. W języku innej gry natomiast argumenty te zbijane są z dziecinną łatwością przez kontrargumenty wytoczone z wnętrza tego właśnie innego, własnego systemu, stosującego inne kryteria, afirmującego inne wartości, inaczej zatem określającego „racjonalność” i „prawomocność” dokonywanych wyborów i ocen.

Jaki można by wyciągnąć z powyższego wniosek?

Taki na przykład, że każdy osobny poeta – a każdy „silny poeta” jest osobny, choć nie zawsze vice versa – postawiony jest w sytuacji, mówiąc oględnie, cokolwiek dwuznacznej. Aby przekonać czytelników do swojej poezji, o ile mu na tym zależy, musi nadszarpnąć ich systemy przekonań i pragnień – dążące wszak zawsze do samowystarczalności, samozwrotności i stabilizacji – oraz przemodelować je w możliwie największym stopniu na własną modłę, to jest w taki sposób, aby poezja jego stała się znaczącym elementem tych systemów. Musi opracowywać strategie dotarcia do jednostkowych, grupowych czy nawet masowych upodobań, przedarcia się przez szańce przyzwyczajeń, uprzedzeń, przesądów, przedsądów (Gadamerowskich przesądzeń), przedzałożeń, przeświadczeń, stereotypów, gustów, idiosynkrazji itp.

Problem w tym, że trudno przekonywać wcześniej już (do czegoś) przekonanych. Ludzie trzymają się swych przekonań niby zbawiennych poręczy i inne poręcze słabo ich interesują. Szczęśliwie się składa, że istnieją jednak także ci bardziej na nowe propozycje otwarci, zainteresowani innymi – poza swoimi – dyskursami, innymi paradygmatami myślenia. Należą oni do niewielkiej grupy jednostek, że się tak wyrażę, kulturowo czynnych. Aczkolwiek tych akurat do literatury przekonywać nie trzeba.

Nie mamy też chyba prawa żądać od innych, żeby stali się podobni do nas (bo kimże my jesteśmy?). To jest, żeby, przykładowo, wyżej stawiali mistykę i metafizykę poezji nad mistykę i metafizykę kuchni. Każdemu wolno „przystrajać się we własne metafory”, choćby były one według nas niezbyt wyszukane. Każdy ma prawo do swojego kawałka podłogi, porcyjki pasztetu i strofki liryki.

Nie trzeba też zaraz studiować Etyki nikomachejskiej ani praktykować szlachetnych cnót, aby odnaleźć własną drogę do szczęścia albo i nieszczęścia.

Aby odnaleźć własną drogę do szczęścia albo i nieszczęścia, czasem nie trzeba jej nawet szukać. „Jedna i ta sama droga prowadzi w górę i w dół”, jako rzecze Heraklit. Wszyscy tą drogą zatem, chcąc nie chcąc, idziemy, kroczymy, śpieszymy, podążamy, zmierzamy – najczęściej nie wiedzieć gdzie.