WYDAWNICTWO FA-art   Start START   Książki KSIĄŻKI   Kwartalnik KWARTALNIK   Archiwum ARCHIWUM   Strony Autorów STRONY AUTORÓW   Redakcja REDAKCJA
 
  tu jesteś: Miesięcznik nr 90, październik 2005 - UNIŁOWSKI 
UNIŁOWSKI

NA PRAWO, MŁODY CZŁOWIEKU!

Podobno w wyborach parlamentarnych głosy młodych ludzi jedynie w dość umiarkowanym stopniu odbiegały od ogólnych wyników. Z wyborów jednak wzięliśmy i tę naukę, że od wyników ważniejsze sondaże. W końcu to te drugie określają te pierwsze. Wedle zaś sondaży, polska młodzież zwróciła się zdecydowanie na prawo czy nawet, że tak powiem, na zdecydowane prawo…

Nienowa to tendencja. Jeśli chodzi o życie literackie, w słodkich latach dziewięćdziesiątych tematy polityczne w ogóle nie były podejmowane – nawet przy piwnym stoliku. W tej materii obowiązywała niepisana reguła obojętności. Od reguły zaś dopuszczano tylko jeden wyjątek. Kiedy już ktoś mówił o własnych sympatiach politycznych, to można było iść o zakład, że jego sympatie okażą się… prawicowe. Panował tu nawet pewien snobizm. O ideałach politycznych rozmawiano bez poczucia obciachu tylko wtedy, o ile owe górne ideały wyrastały na prawicowej łączce. Im dalej od szosy, tym lepiej.

Młodzi zatem literaci, a przynajmniej – literaci z ideałami od dawna zwykli skręcać zawsze w prawo. Zupełnie inaczej niż żużlowcy. Z drugiej strony, w środowisku literatów żużel cieszył dużo większym poważaniem niż polityka, więc dało się jeszcze jakoś wytrzymać. Wszystko to się jednak zmieniło. Jak wiadomo z sondaży, żużel znalazł się w odwrocie.

Wbrew pozorom, ja nie o polityce. Ja o postawach. Postawa zaś w młodoliterackim grajdołku, niekiedy elegancko nazywanym niszą, coraz bardziej skrzywiona. W prawo, co oczywiste. Redaktorów „Ha!artu” najwyraźniej zawiódł węch, kiedy zdecydowali się założyć koszulki z alterglobalistycznymi hasłami. Udało się wprawdzie podbić media, wszelako więzi z młodoliterackimi dołami zostały zerwane. Mój ulubiony Igor Stokfiszewski mógł się o tym ostatnio dość dotkliwie przekonać.

Postawę mamy zatem prawicową. I – jak wspomniałem – nie chodzi wcale o wybory polityczne czy też o nie chodzi akurat najmniej. Postawa nie musi również oznaczać związku z nurtem światopoglądowym czy tradycją filozoficzną. Choć więc postawę mamy prawicową, to nie sądzę, aby wzrósł odsetek młodych literatów poczuwających się do intelektualnej więzi z myślą konserwatywną, choć pewnie to i szkoda, bo tradycja świetna. Postawa postawą, ale liczba czytelników Tocqueville'a i Berlina na pewno nie wzrośnie. Nie przewiduję również, aby studenci polonistyki masowo zaczęli się zapisywać na seminaria poświęcone Zygmuntowi Krasińskiemu. Nie sądzę nawet, by prowincjonalni wierszokleci jęli co tydzień podejmować wyprawy do obu naszych stolic, Krakowa i Warszawy, celem zaopatrzenia się w Tygodnik Idei „Europa”. Jak bowiem wiadomo, ów zacny dodatek intelektualny do tabloida „Fakt” rozprowadzany jest wyłącznie w tych dwóch miastach – i jest to jakaś poszlaka na rzecz tezy, że poza stolicami oświecony konserwatyzm – pośród wierzb płaczących, gniazd bocianich i klaskania za borem – przyjąć się nie może.

W rzeczy samej, od konserwatyzmu postawę prawicową (w Polsce) dzieli przepaść. Delikwent o postawie prawicowej będzie się odnosił z szacunkiem do zmagań konserwatystów z socjalistami i liberałami, chodzi wszakże o szczególny rodzaj szacunku na bezpieczną odległość. Dwie sprawy zbliżeniu stoją na zawadzie. Intelektualny charakter konserwatyzmu nadaje mu rysów elitarno-salonowych. Konserwatysta to osobnik chadzający w pojedynkę, niekiedy nawet dość zblazowany, a w każdym razie – z ironicznym poczuciem wyższości spoglądający na szaleństwa swoich czasów. Delikwent natomiast o postawie prawicowej traci dech w piersiach, gdy tylko pomyśli, że musiałby sobie radzić bez osadzenia w jakiejś – niechby wymyślonej – wspólnocie. Ponieważ konserwatyzm to nie tylko sprawa poglądów, ale również manier i stylu, cała sprawa rozbija się o estetykę. Angielskie trawniki i polskie ugory niewiele mają ze sobą wspólnego.

Ale też postawę prawicową w mniejszym stopniu określają poglądy, w największym natomiast – uczucia i emocje. Dlatego nie jest łatwo ją opisać. Na pierwszy rzut oka zdawałoby się, że najważniejsza będzie tu tradycyjnie rozumiana religijność czy szerzej – wyraźne hołdowanie tradycjonalizmowi właśnie. Taka jednak teza zasadzałaby się na pomyleniu przyczyny ze skutkiem. Katolicyzm i tradycjonalizm są bardzo istotne, ale przecież nie same przez się. Owszem, postawa prawicowa zazwyczaj łączy się z wiarą, acz chodzi tu o wiarę po trosze przez zasiedzenie, a przede wszystkim – traktowaną jako ekspresja pewnego typu wrażliwości.

To chyba kluczowa sprawa. Mam na uwadze wrażliwość, która stanowiłaby projekcję i idealizację tego wszystkiego, czego na co dzień nam brakuje. Na co dzień żyjemy w zatomizowanym społeczeństwie, wśród rozmienionych norm, przyjmując postawę pragmatycznych cyników. Ponieważ jednak trudno się pogodzić z taką rzeczywistością, tworzymy lub chcemy stworzyć dla siebie świat alternatywny. W tym świecie nie jesteśmy samotni, lecz otwieramy się na siebie, pamiętamy o słabszych, uczymy się kochać ludzi, bo wiemy, że szybko odchodzą. W tym świecie nie zabiegamy o karierę, ale jesteśmy cisi, pogodni i spokojni. Nie uczestniczymy w konsumpcjonistycznym wielkim żarciu, lecz poprzestajemy na małym. Nie musimy się również zmagać z brakiem metafizycznego i aksjologicznego oparcia, bo przecież jesteśmy osadzeni we wspólnocie podzielanych emocji oraz wartości.

Im bardziej pospolitość skrzeczy, tym silniej obstajemy przy wymarzonym ideale, fundując sobie tym samym klasycznego typu rozdwojenie jaźni. Wszelako nasza kultura pozostaje monolityczna. Już od dawna Polakom, a zwłaszcza młodym literatom, dziedzina kultury zdaje się ciut nierzeczywista, nic więc dziwnego, że bez większego zachodu udało się nam ją przemieścić w krainę ideału. Chodzi oczywiście o tę kulturę oficjalną, poważną i odświętną, z palimpsestowym Gdańskiem Stefana Chwina i Pawła Huellego, uduchowionymi pijakami Andrzeja Stasiuka, poezją laureatów nagrody Kościelskich oraz aniołami strzegącymi Prawieku. Jeśli zaś chodzi o kulturę dnia codziennego (że o kulturze bycia nie wspomnę), wiadomo: tu rządzą kasa i układy, tu mamy misję telewizji publicznej, Mandarynę, gołe baby na okładkach powieści fantasy i Artura Baniewicza, który na plakatach – z rozpędu chciałem napisać, że wyborczych – obiecuje nam więcej od Ludluma.

Istnieje oczywiście sfera pośrednia, dzięki której schizofreniczny rozpad polskiej duszy ma cokolwiek połowiczny charakter. Chodzi mi o pisarstwo, które potrafi połączyć trywialną konwencję i prostą frazę z prostymi, ale za to najważniejszymi wartościami: rodziną, miłością, przyjaźnią i dobrocią. Takie zaś ukojenie serca młodym czytelnikom wydaje się najbardziej potrzebne.

Warszawski „Traffic”, kilkukondygnacyjny sklep z płytami, gazetami i książkami całkiem zasadnie mógłby robić za godną Babilonu świątynię konsumpcji. Może zatem tym większe znaczenie trzeba przydać dwóm notatkom, jakie znalazłem przy półkach z literaturą polską. Pierwsza dotyczyła Poczwarki Doroty Terakowskiej:

„Rewelacyjna, poruszająca książka o ludzkiej marności i inności. Napisana jest prostym językiem, a porusza najgłębiej ukryte struny ludzkiej wrażliwości. Polecam wszystkim »pozytywnie zakręconym«. Warto!”

Druga notka dotyczyła Tam, gdzie spadają anioły tej samej autorki:

Tam, gdzie spadają anioły Doroty Terakowskiej jest powieścią do głębi wzruszającą i pomagającą nam uwierzyć w świat aniołów! I za te anioły pani Terakowskiej jestem wdzięczna”.

Nie, nie będzie żadnych uszczypliwości pod adresem autorów (autorek?) obu notatek. Wręcz przeciwnie, chciało się im przecież podzielić ulubioną pisarką, a to jest już coś w naszym lekceważącym starą sztukę słowa świecie. W „Traffiku” nie znalazłem już żadnych innych notatek, z czego wyciągam wniosek, że tylko wielbiciele lub wielbicielki Terakowskiej gotowi byli złożyć świadectwo swojej lektury. Widać rzeczywiście są ulubionej pisarce za coś wdzięczni.

Zgaduję, że jeśli następnym razem natknąłbym się na opinię dotyczącą jakiegoś innego pisarza, to najprawdopodobniej chodziłoby o autora uderzającego w te same struny. Chodziłoby zatem o autora mówiącego prostym językiem o sprawach trudnych, bolesnych i ostatecznych, a zarazem nieporzucającego swoich czytelników, niezostawiającego ich z poczuciem braku nadziei, ale przeciwnie – umacniającego wiarę w świat aniołów, bez względu na to, kim owe anioły miałyby być. Nie mam również wątpliwości, że takie potrzeby lekturowe coraz wyraźniej zgłaszają czytelnicy o niemałych kompetencjach. Prawda, że studenci polonistyki nie pisują prac o Terakowskiej (być może dlatego, że obawiają się reakcji swoich promotorów), ale za to autorka Ono trafiła do wielce elitarnego klubu twórców, do czytania których nikt studentów nie musi kijem zaganiać. Prawdą jest również, że młodzi literaci nie powołują się na jej inspirujący wpływ. Zgaduję jednak, iż niejeden z nich posty na „kumplach” (kumple.blog.pl), w których buńczucznie zapowiada stworzenie wiekopomnego dzieła o pokoleniu JPII, zamieniłby na autorstwo takiej Poczwarki.

A zatem – na prawo, młody człowieku. Wychodzi na to, że tylko tam spadają anioły.

(10 października 2005)







Menu miesięcznika FA-art