|
Piotr Śliwiński: Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Kraków 2002.
Szczerze mówiąc, to już dłużyło mi się oczekiwanie na zbiór, w którym Piotr Śliwiński zgromadziłby najcelniejsze ze swoich tekstów o poezji lat dziewięćdziesiątych. Ale cierpliwość i ostrożność autora (w tym czasie inni krytycy zdążyli wydać po kilka książek) okazały się wcale do rzeczy. Otrzymaliśmy bowiem rozległą panoramę poezji dziesiątej dekady wraz z rzutem perspektywicznym na przeszłość i
przyszłość. Potrafił również autor wykorzystać sposobność, jaką dał mu dystans wobec niegdysiejszych nadziei i złudzeń, które ufundowały literacką mitologię lat dziewięćdziesiątych. Nie stronił również od podsumowań, przymiarek do przyszłej syntezy i nigdzie przy tym nie przebrał miary, nie zarzucił dyskursu krytycznego, przemieniając się w pośpiechu w historyka literatury. Prawda, Śliwiński zawsze był krytykiem rozsądnym i wyważonym, nie szafującym entuzjazmem. Nigdy nie było mu spieszno do osobnego punktu widzenia, oryginalnej skali wartości. Co uderza w jego książce, to właśnie przywiązanie do tradycyjnego (tj. nowoczesnego) myślenia o powinnościach literatury, zaufanie (prawda, że ograniczone) do odziedziczonego języka i hierarchii, duża ostrożność, jeśli chodzi o krytyczne zamachy oraz rewizje, ciekawość, ale i dystans wobec ponowoczesności. Jedni to wszystko uznają za wielkie zalety, inni nazwą nudziarstwem. Mnie samemu bliżej do tych pierwszych. Ale żeby nie przesadzić z lukrem, to powiem, że tytuł książki nazbyt mi się kojarzy z tytułem artykułu Andrzeja Horubały o bruLionie. Powiem również, że choć nazwisko takiego Andrzeja Sosnowskiego często, gęsto przewija się w tekście, choć krytyk oddaje mu co sosnowskie to jednak uderzyło mnie, że w panoramie Śliwińskiego zabrakło osobnego rozdziału na temat tej twórczości, na temat autorów z kręgu Sosnowskiego czy innych (powiedzmy Baczewski), których rzeźbienie w poezji jakoś koresponduje z tym, co robi twórca Konwoju. Być może przesadzam, z igły robię widły, ale mam to za sygnał, że zachowawczy dyskurs krytyczny jedynie w ograniczonym zakresie radzi sobie z tego rodzaju poezją. KU
Przemysław Czapliński: Ruchome marginesy. Szkice o literaturze lat dziewięćdziesiątych. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Kraków 2002.
W przesyłce ze Znaku do redakcji FA-artu znajdowała się, oprócz tej Śliwińskiego, jeszcze jedna książka (właściwie wydruk komputerowy ze składu). I oczywiście inaczej być nie mogło była to książka Przemysława Czaplińskiego. Co do produktywności autor bardzo dzielnie rywalizuje z Michałem P. Markowskim, czego nie można nie docenić. Na najnowszy tom złożyły się teksty powstałe po roku 1997, które z różnych względów nie zmieściły się we Wzniosłych tęsknotach. To jednak, że się nie zmieściły, że Czapliński tym razem pisze o swoich niekoniecznie ulubionych prozaikach, nie znaczy, że chodzi o rzeczy mniej istotne czy mniej udane, że Ruchome marginesy to zbiorek pism pomniejszych, krytycznoliterackich odrzutów. Nic z tego! Po pierwsze, w tej książce znalazły się teksty ważne (np. recenzja Apetytu na Przemianę Jarzębskiego). Po drugie, w tej książce widać doskonale, jak od problemu nostalgii krytyk zmierza do spraw związanych z Polską poróżnioną oraz innych, które ostatnio w jego pisarstwie zdecydowanie wysunęły się na pierwszy plan. Ruchomymi marginesami Czapliński rozpoczyna swoje starania o powrót literatury do życia publicznego, dowodzi, że współczesna proza oddycha tym samym powietrzem co publicystyka zajmująca się kwestiami politycznymi bądź społeczno-kulturalnymi, tyle że proza może się zdobyć na dużo wnikliwsze diagnozy (lub dostarczyć materiału do takowych). Kto chciałby rozprawiać o samopoczuciu Polaków, dręczącym nas upiorze nieboszczki Ludowej, społecznych, politycznych, kulturowych, cywilizacyjnych zagrożeniach itp. ten niech już teraz odłoży z lutowej wypłaty stosowną kwotę na kupno Ruchomych marginesów. Piszę o odkładaniu, bo przecież obu książek, tej Śliwińskiego i tej Czaplińskiego, jeszcze nie ma. Ale wydawnictwo obiecuje, że będą w ciągu miesiąca. Trzymam za słowo. KU
Adam Bodor: Okręg Sinistra. Przeł. M. Komorowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2001.
Napisać tylko kilka zdań o tej książce jest równie trudno jako streścić powiedzmy Sto lat samotności Marqueza. Skojarzenie z Marquezem nie jest przy tym zupełnie nieuprawnione, bo Okręg Sinistra epatuje tajemniczością, nie pozwala się od siebie oderwać, no i zaczyna się rozdziałem zatytułowanym Parasol pułkownika Borcana. Ale już przy bliższym oglądzie zaczynają się piękne różnice. Znajdujemy się w rzeczywistości środkowoeuropejskiej czyli w obozie, zonie, miejscu mocno pogranicznym. Kto mówi nie za bardzo wiadomo; żeby nie było zbyt nudno narrator nie jest ani wszechwiedzący, ani konsekwentnie trzecioosobowy. Co to dokładnie za obóz i co robią w nim bohaterowie, jest niby podane na talerzu, ale tak dalece nic nam ta Sinistra nie mówi, że zmusza to do czytelniczego śledztwa, gorączkowego odtwarzania kolei zdarzeń i tropienia relacji między osobami. Tym bardziej gorączkowego, że w świecie Adama Bodora jest i śmiesznie, i strasznie. A raczej: i strasznie, i śmiesznie. Ciekawostka: zdradzony dopiero w nocie o autorze pełny tytuł książki brzmi: Okręg Sinistra. Rozdziały pewnej powieści, co jednoznacznie sugeruje fascynację autora poetyką fragmentu. Widać niemodną w Polsce, skoro wydawca pofatygował się skrócić tytuł. KCK
Piotr Cegiełka: Sandacz w bursztynie. Krakowska Alternatywa [kolekcja Ha!art]. Kraków 2001.
Adam Wiedemann (notabene redaktor tomu) o książce Piotra Cegiełki wydanej jako główna nagroda w II Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Stanisława Czycza: Osoby, których nie lubię, mówią, że opowiadania Piotra Cegiełki są nudne. Owszem, są nudne, ale tylko dla tych, którzy nudzą się nawet w wannie. Z notki wnioskuję, że Adam Wiedemann, podobnie jak jego znajomi, w wannie się nie nudzi, z zawartości tomu że Cegiełce też wanna bliska. Oprócz zatykania wanny korkiem, napełniania jej wodą, bohater Cegiełki (choć imiona się zmieniają coś przecież tych bohaterów łączy) lubi także nalewać wodę do czajnika, wsypywać kawę / herbatę do szklanki, słodzić, ubierać się, sikać, zapalać papierosa, nanosić szampon na włosy, kupować majtki i skarpety, słowem ceni sobie codzienne, drobne przyjemności, choć ceni to słowo nieodpowiednie, bo bohater Cegiełki podchodzi do owych czynności bezrefleksyjnie, z dziecięcą pieczołowitością. Mamy tu fajnego gościa bez szczególnych pretensji do życia, za to z tendencją do pedanterii, grzecznego chłopca bez zobowiązań, który ma to szczęcie, że może bezkarnie marnować czas, wypełniając go drobiazgami. A wszystko zawarte w prostych, nierozbudowanych konstrukcjach składniowych, czasami balansujących na granicy stylistycznego błędu, takich z zeszytu czwartoklasisty, który koncentruje się przede wszystkim na opisie prostych czynności, nie bawi się w subtelne rozróżnienia na tzw. życie zewnętrzne i wewnętrzne, co w rezultacie daje przewagę partiom behawioralnym, jako że czwartoklasiście takie pisanie przychodzi najłatwiej. Nudne? Wcale. Na początku może pojawić się wątpliwość: I po co ty to, chłopie, opisujesz? później człowiek się przywiązuje i z absurdu skrupulatnego sprawozdawstwa, które do niczego nie prowadzi (o żadnej wartkiej akcji nie ma mowy), zaczyna czerpać przyjemność. W tym szaleństwie jest metoda! Wprawdzie wyobraźnia znużona uporządkowanym życiem (także w dziedzinie doboru naturalnego) i ogólną sielanką podsuwa czasem autorowi nietypowe rozwiązania (a to internowanie Jasia w jego własnym pokoju, a to transformacja spokojnego bohatera w niebezpiecznego użytkownika spinki-wsuwki), ale sprawy komplikuje to w stopniu nieznacznym i jakby z nudów. Udziwnienie nie takie znowu dziwaczne, prowadzące raczej donikąd (może w stronę nieco innej, choć poddanej temu samemu prawu symetrycznego opisu, rzeczywistoci) niż dokądś, jakby założono, że pobudzanie ciekawości i ekscytacji czytelniczej do nich nie należy. Opowiadania Cegiełki są nudne, ale konsekwentnie i z premedytacją. I to jest w nich najciekawsze.
Jeszcze uwaga dla miłośników kąpieli i tych, którzy w wannie nudzić się już nie chcą: wydanie Sandacza w bursztynie, ufundowane przez JM Rektora UJ prof. dr. hab. Franciszka Ziejkę, zostało stworzone z myślą o was! Obserwacja kropli wody powoli staczającej się po ładnym, albumowym papierze na pewno dostarczy wam sporo przyjemności. JC
|