Wydawnictwo FA-art Adam Kaczanowski : JAK NIE ZOSTAĆ PALANTEM
 tu jesteś: strony autorówAdam Kaczanowski

JAK NIE ZOSTAĆ PALANTEM

Według mnie pisarze powinni się wstydzić. Od kiedy pamiętam, zawód ten kojarzył mi się fatalnie, o wiele gorzej niż profesja, powiedzmy, architekta, leśnika, kierowcy autobusu czy rzeźnika. Wyjątek stanowili autorzy science-fiction, ale to były zawsze postaci jak z kosmosu – ludzie rozsądni, gdzieś z galaktyki fizyki i innych nauk ścisłych. A już poeta, to był w moich oczach zawsze kompletny bufon i dramat.

Od razu uprzedzam – nie jest to wina rodziców, którzy przecież wpoili mi pasję czytania i szacunek do książki. Bo też książki nie kojarzą mi się źle, tylko wręcz odwrotnie. Nie jest to też sprawa jakiegoś patologicznego środowiska ulicznych gangów, taksówkarzy czy handlarzy walutą, do którego miałbym trafić w młodości. Nie byłem też nigdy pod wpływem takich grup jak inżynierowie, prawnicy czy przedstawiciele innych porządnych zawodów. To nie to.

Pisarz, a w szczególności poeta, to najgorszego typu kreatura. Potwór pożerający własne wnętrzności. Nieznośny śmierdzigęba. Nie mitologizuję. Wystarczy trochę popsychologizować. Oto człowiek, który uważa się za kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto ma Coś do powiedzenia. Primadonna we własnej osobie: chce, żeby podziwiali go najwytrawniejsi znawcy, i by oklaskiwały go anonimowe tłumy. Oczywiście, może zdawać sobie sprawę z własnej koszmarnej próżności. Wtedy chce stać się geniuszem w swojej skromności. Niech więc docenią go za to. Niech chociaż jego pochyloną głowę podziwia samo tylko odbicie w lustrze. Przed samozadowoleniem nie ma ucieczki, nie pomoże żaden dystans. Sprawa jest prosta: piszesz, więc uważasz, że masz coś do napisania, że możesz dać światu coś, czego nikt inny mu nie da. Publikujesz, bo czujesz się potrzebny publiczności. Albo nie publikujesz, bo czujesz, że publiczność ci niepotrzebna.

Najgorsze jednak jest to, że nie ma kto ci utrzeć nosa. Ludzie cię nie kupują? Jak ludzie nie kupią, krytycy wezmą za dobrą monetę. Kupi cię Wieczność. Krytycy krytykują? W obliczu Wieczności krytyk jest zerem. Wielkie Uwieczniające Nagrody przechodzą ci koło nosa? Wielu już było geniuszy, których czas nadszedł dopiero po czasie... Właśnie brak weryfikowalnych, racjonalnych kryteriów w obliczu Literatury, która jest Wieczna, jest tak tragiczny w skutkach. W większości dziedzin sprawa jest prosta: wartość biznesmena weryfikuje portfel, wartość hydraulika można zmierzyć, licząc skutecznie uszczelnione rury. Ich nie będzie oceniać Historia. Oczywiście, znaleźliby się jeszcze malarze, muzycy i inni filmowcy. Przed nimi również otwiera się Wieczność. Coś jest jednak takiego, że wokół innych artystów nie robi się takiego halo, nie nadskakuje im w ten sposób. Malarzy odizolowano gdzieś w artystycznych gettach, muzyków porozstawiano po listach przebojów i filharmoniach, a filmowców pożarł filmowy przemysł i profesjonalizm sztabu ludzi, ich odpowiedzialność się rozmyła. Nie wiadomo, dlaczego właśnie pisarza wybrano na stanowisko największego mądrali, natchnionego świętego, co widzi więcej. Pisarz pokutuje wciąż w społecznej świadomości jako to egzotyczne, nietykalne zwierzę, święta krowa nie z tej ziemi. Nawet jeśli już tylko on sam wierzy w swoje realne istnienie, a dla wszystkich innych odszedł do świata jednorożców.

Nie chodzi mi w tym wszystkim o podział na dobrych i złych pisarzy, nie narzekam na grafomanów (kolejne kryterium dyktowane przez Wieczność). Ten potwór i najlepszych potrafi zżerać od środka.

Podsumowując sytuację: bycie pisarzem od zawsze było dla mnie źródłem wstydu. Żenującego szukania w rubrykach z recenzjami własnego nazwiska i zażenowania, gdy ktoś w towarzystwie powiedział o mojej twórczości słowo, karmiąc tego nienażartego potwora, którego z takim trudem staram się jak najgłębiej schować.

Dlatego, kiedy wchodząc do studia radiowego na audycję, w której miałem grać tę haniebną rolę, i słysząc od prowadzącego: „mówimy wszystko, byle się nie wymądrzać, nie idziemy w żadne mądrości”, odetchnąłem z ulgą. Oto ktoś mnie zrozumiał. Nie będę musiał robić z siebie palanta. Luz. I rzeczywiście, w ciągu godziny nie padła z naszych ust żadna mądrość. Zamiast tego poruszyliśmy wszystkie dyżurne bzdury. Trochę abstrakcji o randkach, trochę abstrakcji o Paris Hilton, trochę abstrakcji w stanie czystym. Same brednie. Wyszedłem z programu zdezelowany, jeszcze bardziej zniesmaczony sobą, niż gdybym przez godzinę opowiadał banialuki o natchnieniu i muzach. To brednie i to brednie. Na pytanie prowadzącego, czy mi się podobało, odpowiedziałem, że ani trochę, że nie wiedziałem, że będziemy tak pierdolić bez sensu. „Chciałeś pierdolić z sensem?” – odparował, stawiając przede mną po raz kolejny to pytanie: Jak nie zostać palantem, pozostając pisarzem?

Zamiast wymądrzać się jak palant – wygłupiać się jak idiota, udając, że jest się wielbłądem? Może milczeć jak frajer i zadufaniec w jednej osobie? Bądź tu mądry i pisz wiersze. Pojęcia nie mam, jak to zrobić, powiem na koniec nieskromnie.