WYDAWNICTWO FA-art   Start START   Książki KSIĄŻKI   Kwartalnik KWARTALNIK   Archiwum ARCHIWUM   Strony Autorów STRONY AUTORÓW   Redakcja REDAKCJA
 
  tu jesteś: Miesięcznik nr 77, wrzesień 2004 - KĘDER 
KĘDER

BARDZO ŚMIESZNE

Zacząłem się zastanawiać, kiedy ostatni raz śmiałem się z czegoś pełnym głosem. Jakoś dawno to chyba było, niestety. Ponuractwo czy puszczanie półgębkiem bolesnych uśmiechów znajduje oczywiście dostateczne uzasadnienie w tak zwanych okolicznościach zewnętrznych czy zgoła przykrych faktach; cieszyć się właściwie nie ma z czego. Z drugiej jednak strony, mimo że powody do obnoszenia min ponurych są dostarczane na masową skalę bez najmniejszej przerwy, to jakoś nie wydają się one wystarczające. Monochromatyczność nie wydaje się być zasadą tego świata po prostu.

Ba, ale mało przecież wynika z wiedzy, że nie czarną farbką świat jest pokolorowany – zastanawiam się tutaj, co mocno bawiło mnie kiedyś, a nijak nie prowokuje do wybuchów śmiechu dziś. Jedną z ciekawych rzeczy w tym ćwiczeniu pamięci jest kwestia, o jakim „kiedyś” mowa. Kiedy „kiedyś” miałoby być konkretnie? W prasłowiańszczyźnie dzieciństwa? Średniowieczu szkoły? Odrodzeniu studiów? Baroku praktyk robotniczych? A może oświeceniu seminariów doktoranckich? Bo że nie było już powodów do śmiechu od czasów wczesnoromantycznej dorosłości, rzecz to niemal pewna. (Choć z drugiej strony – iluż trzeba było natłuc w sobie faustów i werterów! Czy to nie było przypadkiem zabawne?)

Jeśli jest się akurat uczniem, bawi szczerze to, co ze szkolnego reżimu choć na chwilę wyzwala. Owszem, pamiętam takie okazje. W technikum, do którego uczęszczałem nie nazbyt może regularnie, ale wystarczająco często, by je ukończyć, zdarzyło mi się być uczonym przedmiotu nazwanego geografią ekonomiczną. Półpoważnie traktowany ów przedmiot wykładał młody pracownik naukowy uniwersytetu nadrabiający brak doświadczenia groźnymi minami. Nie przejmowaliśmy się nim zbytnio i tak, więc, bywało, wzywał jakiegoś delikwenta za karę do tablicy, stawiał mu kilka pytań i wystawiał za każdą odpowiedź osobną ocenę. Dosyć to było straszne, ale i śmieszne, dostać w ciągu paru minut pięć pał. Lekcje były raz w tygodniu, trzy z rzędu i ku naszej radości bardzo często przepadały, nauczyciel miewał bowiem jakieś pilne uniwersyteckie obowiązki. Z tego powodu przy końcu semestru kilku moich kolegów szczyciło się szeregiem niedostatecznych upstrzonych tu i ówdzie przypadkową piątką lub czwórką, większość natomiast posiadała w dzienniku zupełnie czyste konto. Nasz profesor, postawiony przed koniecznością wystawienia ocen na półrocze, postanowił problem rozwiązać kompleksowo. „Panowie – rzekł – w przyszłym tygodniu będzie klasówka! Test, który zdecyduje o wszystkim! Sto minut – sto pytań!” Klasa zamarła. „Sto ocen” – dorzucił ktoś niegłośno gdzieś z ostatniego rzędu i ryknęliśmy śmiechem.

No, ryknęliśmy zdrowo, nie powiem. I ja wtedy ryknąłem, ze szczerego serca. A potem? Albo przedtem, to znaczy na przykład w prasłowiańszczyźnie? W prasłowiańszczyźnie trzymałem się za brzuch chyba wyłącznie na komediach z Luisem de Funesem, poza komediami jakoś nie było mi do śmiechu ani z cudzego wypadku, ani tym bardziej z własnych. Natomiast w średniowieczu, tak, w średniowieczu, choć już na studiach polonistycznych (bo to pierwszy rok był), zdarzały się jeszcze sytuacje do śmiechu pobudzające. Gdy to powiedzmy kolega Arek Cz., drugi prócz mnie mężczyzna w licznej skądinąd grupie uczęszczających na zajęcia z historii literatury, ni stąd ni zowąd wyrwał się z pytaniem. – Pani magister, ja tak czytam te żywoty świętych i czytam, rozumiem, jest święty Mikołaj, jest święty Jerzy, ale dojść nie mogę – co za jeden ten święty Job?

Pani magister była osobą z gatunku młodych wątrobiarzy, którzy w owym czasie zwykle dostawali etaty na uczelniach. Była zasadnicza, w bluzce zapiętej wysoko pod szyję, studentami pierwszego roku, a już szczególnie mężczyznami (to powodowało przewidywalne komentarze), gardziła szczerze i otwarcie, często, z przyjemnością i w przykrych słowach udowadniając nam swoją przewagę. To ostatnie, trzeba przyznać, w zakresie literatury średniowiecznej nie było bardzo trudne. Przez salę przebiegł więc szmer – nastroszyły się pióra zaniepokojonych kuropatw przewidujących karne kolokwium ze wszystkich świętych. Szmer pełen był dezaprobaty wobec niefrasobliwości i bezczelności Arka wyrywającego się z Jobem.

Tymczasem młoda pani magister Wątroba zbaraniała.

– Job? – Job? – powtórzyła i, chyba zdawszy sobie sprawę z wieloznaczności tego słowa, a nikt wtedy nie kojarzył go z angielskim i pracą, lekko poczerwieniała. – Wie pan, że mnie pan zaskoczył. Nie mogę sobie przypomnieć, co to za Job... – Job, Job, Job... – powtórzyła jeszcze kilka razy i poczerwieniała mocnej.

Arek się ośmielił.

– Szukałem nawet w słowniku i encyklopedii, ale o świętym Jobie nie było ani słowa!

– Nie wiem, nie wiem – przerwała mu pani magister – może źle pan szukał, ale ja to sprawdzę i na następnych zajęciach odpowiem. Teraz wracajmy do tematu.

Nie minęło pół godziny, gdy nagle, w połowie dukań dziewczyny referującej zadany a bieżący temat, pani magister wykrzyknęła triumfująco. – Ależ to przecież święty Hiob ten Job, jak mogłam zapomnieć! – Chyba dobrze pan wie – zwróciła się do Arka z przyganą – że pisownia i transkrypcja nazw własnych była w średniowieczu nadzwyczaj dowolna! Job to Hiob, przecież to oczywiste! Żaden Job, tylko Hiob naturalnie!

Arek spuścił głowę. Inni też pospuszczali i do końca zajęć byli jakoś wyjątkowo skupieni, z nosami w notatkach i książkach. Na głośne chichry, chachy i parski pozwoliliśmy sobie dopiero wtedy, gdy Wątrobianka po zajęciach oddaliła się na odległość bezpieczną dla przyszłych zaliczeń w naszych indeksach.

To było dawno. A jeśli chodzi o tę tam – współczesność, co to zaczęła się od pozytywizmu pierwszej pracy i skończyć się jakoś nie może, to wydaje mi się, że nic mnie już naprawdę nie bawi. Choć szukając w pamięci dawnych przykładów, zdałem sobie sprawę, że po prawdzie wszystkie owe hałaśliwe objawy radości brały się z podstawowej przyczyny znajdowania się w większej grupie słabo znanych mi ludzi, z którymi jakoś-tam, na krótko najczęściej, złączyła mnie wspólnota losu, i z którymi trzeba było nawiązać przyjacielskie stosunki, choć o przyjaźni doprawdy trudno było mówić.

Przypomniałem też sobie, że bardzo często, także ostatnio, śmiałem się głośno w różnych okazjonalnych towarzyskich składach z dokładnie tego samego podstawowego powodu. Tylko że zabierając się za ten felieton, w ogóle nie brałem tych przypadków pod uwagę.

Wreszcie zaś przypomniałem sobie, że opublikowany w pierwszym tegorocznym „FA-arcie” szkic Pawła Ćwikły, kończy się przywołanym za Hercenem zdaniem: „Śmieją się tylko równi we własnym gronie”.

Coś w tym jest, niewątpliwie.

Ale czy to aby zdrowo wybuchać śmiechem we własnym towarzystwie?

(12 września 2004)







Menu miesięcznika FA-art