piątek, 07 luty 2014 06:40

Heligoland (7)

Napisał
Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Inny potrzebny jest, by przez porównanie z nim zachować przynajmniej cień indywidualności. Obcy po to, by rodzinne tłumy mogły się przed obcym bronić, a w ten sposób tworzyć i zachować swoją kołowrotową tożsamość. Czy indywidualność może być bez oceniania, a tożsamość bez odrzucenia? Wątpię. Ale nie wykluczam.

Jak tam w Heligolandzie? Jak zawsze - nieznośnie, aż miło. Czy ja już wspominałem, że Wielka Brytania usiłowała zrobić z tej wyspy atol Bikini, tylko z pomocą środków konwencjonalnych, z naszej perspektywy niemal wiktoriańskich? Brytyjczycy postanowili otóż wysadzić tę wyspę w powietrze za pomocą największej bomby nieatomowej, jaka w niedługo po końcu II wojny światowej była dostępna. I oczywiście nie udało im się, ale stwierdzenie, że Heligoland można tłumaczyć jako „rozpierducha”, jest w pewnym stopniu uprawnione. Nie wiem jednak, czy zdecydowałbym się o tej płycie tyle pisać, gdyby nosiła tytuł Rozpierducha, Heligoland brzmi w moim uchu jakoś lepiej, jakby szlachetniej. W ogóle brzmienie wydaje się jednak ważne, nawet nie dlatego, że płyta zawiera muzykę - często niby mówimy to samo, gdy tymczasem dużą różnicę robią drobne, subtelne wręcz różnice w tłumaczeniu sobie, co właściwie powiedzieliśmy.

I właśnie o tych różnicach, miałem - przypomniałem sobie - coś do opowiedzenia. O „innym” i „obcym” dokładniej, bo wydawało mi się to ciekawe. W związku z tym zdobędę się na wyznanie, że jednym z moich ulubionych utworów z kategorii nienarzucających się przebojów umieszczonych na płycie Heligoland, jest utwór zatytułowany Flat of the Blade, poświęcony - jeśli cokolwiek z niego zrozumiałem, ma się rozumieć - kwestii jak to jest, gdy człowiek nie możne się wygadać. Z tego powodu nie warto zniechęcać się pierwszym wrażeniem, a warto zwrócić uwagę na lotną frazę „bulletproof love”.

Płaskość czegoś ostrego albo inaczej kuloodporna miłość. Państwo z oficjalnego teledysku do Flat of the Blade nie wyglądają na takich, którym rozkmina tych paradoksalnych sformułowań zajmowałaby czas przede wszystkim. Już prędzej sami są tymi paradoksami. Stąd dodatkowe zaskoczenie tradycyjnie skołowanej teledyskami Massive Attack publiczności, która próbuje w komentarzach pojarzyć, że może chodzi o gangi albo weteranów wojennych z zespołem stresu bojowego. Oni mogliby powiedzieć „Źle się czuję z ludźmi, ogarniam takie rzeczy, których nie potrafię im opowiedzieć. To, co widziałem, będzie mnie do końca prześladować”. Ale skąd wzięłaby się wśród nich dziewczyna z tatuażem „H Town” na palcu dłoni?

Ciemnoskóra dziewczyna pojawia się na krótko na początku klipu, pokazuje zaciśnięte pięści. Ma tatuaże na palcach obu dłoni, na jednej „H Town”, na drugiej „B2I” albo „B21”. Jeśli nie szukać daleko tylko w Wielkiej Brytanii, z której pochodzi Massive Attack, to „H Town” odnosi się do Handsworth, a B21 to kod pocztowy tego zacnego miasta w granicach Birmingham. No, ale oba te skróty są też nazwami zespołów, co prawda tylko B21 jest z Handsworth/Birmingham, ale za to H Town jest bardziej znany. Na przykład z płyty, na której podjęto temat przemocy wobec kobiet („Ladies Editions”, 1997 - ktoś w ogóle jeszcze pamięta, kto to był O.J. Simpson i kontrowersje, jakie wywołała jego sprawa?). Tylko że oba te zespoły reprezentują przeciwne strony barykady, która w Handsworth od czasu do czasu jest wznoszona przez przedstawicieli ciemnoskórej karaibskiej i takożskórej pakistańskiej mniejszości. Co się im tam wydarzyło w 2005 roku, można bez trudu doczytać w angielskiej Wikipedii. Można, dlatego też ja się mogę tak tutaj wykazywać.

Czy to wszystko ma coś wspólnego z Innym/Obcym, niemożnością wygadania się oraz hmm, kuloodporną miłością? Ma, ma - choć wiedza o egzotycznych dla nas realiach, którą jak widać można nabyć, nie na wiele się jednak przyda. Trzeba uogólnić, a potem podziałać lokalnie, bez tego nic, a przede wszystkim bez tego sztuka cierpi. Dziewczyna zatem pokazuje pięści, niemal jak bokser, a główna męska postać w klipie, Farda Deeze, którego można zidentyfikować na podstawie wpisów typu „to ja, Jarząbek Wacław” w komentarzach na YT (jest i na FB), przenosi się wspomnieniami do nieodległej przeszłości, gdy pizgał żelastwo i trenował boks w celach - ma się rozumieć - kuloodpornych. Na tym zasadza się fabuła klipu, która tak przenika się z tekstem piosenki: skoro nic nie można zakomunikować, bo nie potrafisz powiedzieć albo nie chcą cię słuchać, skoro do całej komunikacji dysponuje się tylko jednym znakiem, własnym ciałem, to pozostaje pokazywać, że jest to silny, niezniszczalny wręcz znak. Cokolwiek by miał znaczyć.
Nawiasem mówiąc, słowo „bulletproof” zdaje się lepiej byłoby przełożyć jako „pancerny”. Choć może lepiej nie? Pancerna miłość nieodparcie kojarzy się nam przecież z Gustlikiem.

O co chodzi? Nie jestem dobry w tłumie, jestem zły w tłumaczeniu. Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenie się. Zapewne znacie to z własnego doświadczenia. I pomijając fakt, że sama muzyka sugeruje nam nieco bardziej skomplikowany przekaz niż kuloodporne "nie da się mnie zniszczyć", warto dostrzec, że dwie frazy we "Flat of the Blade" mniej pasują do opowieści o niewymownym mięśniaku lub cierpiącym w konsekwencji bojowego stresu żołnierzu albo zgwałconej dziewczynie. Frazy bardzo podobne w brzmieniu, ale nie identyczne: "I will pilfer my family a bulletproof love" i "I will bulid for my family a bulletproof love".

Podkradanie swojej rodzinie kuloodpornej miłości, przywodzi najpierw na myśl cały arsenał środków służących bliskim do oddawania strzałów w naszym kierunku. Bliskim, bo to środki niedużego zasięgu: od upokarzania głośnym omawianiem czynów i rozmów (nim zostaną spisane), przez wywoływanie poczucia winy z dowolnych powodów (Panie, nie ma już wina), po karanie, mniej lub bardziej wymyślne, za owe wmówione winy (pójdź do piekła, boś jest brzydki). Wykraść spod takiego ostrzału odrobinę miłości, a niechby gest czułości, no - to jest jednak COŚ. W podobnych okolicznościach budowanie dla swojej rodziny kuloodpornej miłości zaczyna się od zakładania półpancerza praktycznego, choć te wbijane szpilki jesteśmy skłonni przede wszystkim lekceważyć. Przynajmniej dopóty, dopóki nie przypominamy jeża. A potem...

A potem kołowrót strzałów, zasłon i uników, podchodów (w celu podwędzenia) oraz postanowień (w celu budowania) rodzinnej miłości zaczyna kręcić się sam. Więc zapieramy się w nim, skoro nic innego nie ma, jedziemy z tym koksem. Jak trzeba, to trzeba. I bierz, co ci dają - odpłacisz tym samym.

A potem zaczyna się coś, co jest już zwykle bezpośrednią, czystą agresją. W najczystszej postaci zaś - autoagresją. Wydaje się, że mamy wybór, więc wybieramy: tępe ostrze i ciężar stali. I poczucie absolutnej klęski, którą przeżywamy w kółko, w sumie po to tylko, by się znieczulić. I wybrać to samo.

Więc ta dziewczyna z tatuażami, ta z teledysku, skoro jest, to o tyle jest zgwałcona, że pobita. Mamy związane ręce i brniemy przez wydmy o tyle, o ile znaczy to niemożność wykonania żadnego ruchu wyzwalającego z wkręcającego nas kołowrotu. Owszem, wyjemy, a skarga do księżyca dobrze się klei z wilkiem, którego poznaliśmy przy okazji Psyche. Może to czas by przypomnieć, że ten album wydaje się mi bardzo spójny, także pod względem tekstowym. Coraz bardziej spójny. Po - bądź co bądź - czternastu tygodniach słuchania, nie może być inaczej.

Natomiast ów obcy/inny, o którym kilka razy napomykałem? Niewygadany i niewygadywalny? Jest potrzebny, jest w nas. W każdym z nas z osobna, ale też w naszym rodzinnym tłumie. W tłumie sporym staję się potworem. Czy jednak nie sądzicie, że tłum zaczyna się już od dwóch zgromadzonych osób?

Cóż, podobne pomysły chyba wskazują na autystyczne cechy naszego bohatera, co dobrze się łączy z tymi granicznymi doświadczeniami i niezwykłymi umiejętnościami, o których we Flat of the Blade się wspomina. Inna rzecz, że wszyscy jesteśmy nieco autystyczni (kto nie jest, jest lekarzem - kto nie skacze, ten z policji).

Inny potrzebny jest, by przez porównanie z nim zachować przynajmniej cień indywidualności. Obcy po to, by rodzinne tłumy mogły się przed obcym bronić, a w ten sposób tworzyć i zachować swoją kołowrotową tożsamość. Czy indywidualność może być bez oceniania, a tożsamość bez odrzucenia? Wątpię.

Ale nie wykluczam.

 

 Playlista Heligoland na YouTube kanał Heligoland Life na Vimeo

Czytany 11837 razy Ostatnio zmieniany sobota, 09 sierpień 2014 17:17
Cezary K. Kęder

Cezary K. Kęder – pochodzi ze Śląska, a mieszka w Warszawie. Jest autorem. Ma profil na Facebooku.

Więcej w tej kategorii: « Heligoland (6) Heligoland (8) »

Strona www.FA-art.pl wykorzystuje informacje przechowywane w komputerze w formie tzw. ciasteczek (cookies) do celów statystycznych. Dowiedz się więcej.