O kwartalniku

Redakcja

Redakcja do 2016 roku

Więcej informacji o kwartalniku

Informacje dla potencjalnych autorów

Spisy treści

są dostępne na naszych stronach

Spisy treści numerów kwartalnika „FA-art” od roku 2000 do numeru bieżącego można znaleźć także na stronach Katalogu Czasopism.pl.

Specjalny numer kwartalnika w języku niemieckim, przygotowany na Targi Książki we Frankfurcie w roku 1998 - pełne wydanie.

poniedziałek, 06 wrzesień 2004 10:32

Samouwielbienie czy samorozwiązanie?

Napisane przez Krzysztof Uniłowski
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Szkice i recenzje Piotra Śliwińskiego zawsze czytam z uwagą i dużym dla siebie pożytkiem. Wiadomo jednak, że skoro o tym wspominam, to muszę coś mieć na sumieniu. Najpewniej zamierzam się do czegoś przyczepić – inaczej nie byłoby powodu, by Państwu zaprzątać głowę. Wyszło szydło z worka, więc przyznaję: owszem, będę się czepiał, aczkolwiek tym razem nie chodzi o nic wielkiego, ledwie o drobiazg, o jedno jedyne zdanie.

Zechciał bowiem niedawno Piotr napisać co następuje: „Dzisiaj główna kwestia nie brzmi bowiem »jak czytać«, tylko po prostu »czytać«, a to dlatego, iż zarówno marginalizacja literatury, jak i jej urynkowienie do pewnego stopnia unieważniają metodologiczne rozterki”. I tyle. Koniec cytatu.

Piotr Śliwiński napisał, ja przeczytałem. A przeczytawszy najpierw zdziwiłem się mocno. Nieważne jak, byleby? Jakże to? W dobie akcji „Cała Polska czyta dzieciom” hasło z czytaniem dla czytania brzmi nawet całkiem sympatycznie, niemniej pomysł wydaje się niedorzeczny. W końcu odkładając na bok kwestię „jak?”, likwidujemy również problem „co czytać?”.

Nie, wcale nie chodzi mi o to, by rozumowanie Śliwińskiego sprowadzić do absurdu. Chciałem tylko pokazać skalę swojego zdumienia. A ponieważ umysłowa beztroska kłóci się z moim wyobrażeniem Piotra, po chwili osłupienia doszedłem do wniosku, że pewnie czegoś nie zrozumiałem, że krytyk w istocie chciał powiedzieć co innego. W głowie rozjaśniło mi dopiero zdanie z następnej strony artykułu, zdanie, w którym Śliwiński powiada, iż „krytyka nie tworzy przedmiotu swoich zainteresowań”.

Uczciwszy prawdę, trzeba mi wyznać, że i ten fragment nie wydaje się całkiem jasny. Ściślej, nie jest dla mnie oczywista modalność przytoczonego zdania. Pisząc, że „krytyka nie tworzy przedmiotu swoich zainteresowań”, Śliwiński mógł – to pierwsza ewentualność – swoje oznajmienie formułować w trybie zarzutu czy pretensji: krytyka nie tworzy, choć powinna. Inaczej w ramach drugiej ewentualności: mówiąc, co powiedział, Piotr odwoływał się do czegoś w rodzaju fundamentalnej reguły, krytycznoliterackiej zasady zasad. Śliwiński przypominałby zatem, że krytyka jest sekundarna w stosunku do literatury, że nigdy nie tworzy swojego przedmiotu i że nie powinna do tego pretendować.

Logika całego artykułu sprawiła, że ostatecznie za bardziej prawdopodobną uznałem drugą możliwość. W ten bowiem sposób wyjaśnia się, dlaczego kwestię „jak czytać” krytyk uznał za drugorzędną. Śliwiński przyjmowałby, że literatura istnieje niezależnie od aktu lektury, a generalnie – że przedmiot poznania istnieje niezależnie od aktu poznania. Jak przystało na poznaniaka, byłby więc Piotr Śliwiński trzeźwym realistą.

Zgadujecie zapewne, że jeśli chodzi o te akurat sprawy, to jam mocno nietrzeźwy, więc przedmiot poznania – jako ten statek pijany – zawsze mi się konstytuuje dopiero w akcie poznania. Podmiot zresztą też. A trudno, żeby nieprzytomny zrozumiał trzeźwego, skoro nadają obaj na różnych falach.

Wiem, na co się ważę, wiem, że za chwilę wszyscy poeci, ci zamknięci w nieszufladzie.pl – jeśli przypadkiem zaglądają w te strony – obrażą się ze skutkiem śmiertelnym, ale powiem: literatura nie jest zbiorem dzieł, nie tworzą jej pisarze. Moja odwaga zresztą tania, bo przecież myśl taka do świeżych nie należy. Ot, głosił choćby Jan Prokop przed trzydziestu laty, że pisarz dostarcza sam jeno surogat, który dopiero pod okiem krytyka w literaturę się zmienia. Rozumiem to tak, że literatura jest pochodną pewnego szczególnego trybu lektury. Chodzi o coś w rodzaju metaczytania, będącego dokładnie tym, co akurat Piotrowi Śliwińskiemu wydaje się najmniej istotne, mianowicie – „mniej lub bardziej radykalną korektą punktu widzenia”. Czytać literaturę to relatywizować wszelką lekturę. I najważniejsze – godzić się z nieostatecznością także swojego własnego czytania.

Co napisawszy, zdałem sobie sprawę, że również u Śliwińskiego niedefinitywność odgrywa ważną rolę. Tyle że czemu innemu została przypisana. Piotr powiada, że dywagacje metodologiczne czy debaty metakrytyczne obecnie są zawieszone w próżni, ba, jawią się zajęciem niestosownym, „ponieważ towarzyszy im ciche założenie, że literatura została przeczytana i nadal jest czytana na tyle uważnie, że jedyne, co nam pozostaje do zrobienia, to mniej lub bardziej radykalna korekta punktu widzenia”. Tymczasem literatura jest dopiero do przeczytania i to ona powinna definiować to nasze czytanie, nigdy odwrotnie. W takim ujęciu literatura byłaby zarazem zadaniem i zobowiązaniem, istniałaby niczym modernizm u Habermasa – jako wyrzut sumienia, niespełniona obietnica, niedopełniony projekt. Kto jednak, jaka pani zadawałaby nam to zadanie? I kto taki by nas rozliczał z lekturowego obowiązku? W tej roli Piotr Śliwiński obsadził ideę kanonu – „straconego, ale niezbędnego do tego, żebyśmy mogli pogadać choćby z samym sobą”.

Podejrzewam, że „pogadać choćby z samym sobą” oznacza tu tyle co „czytać”. Czytanie zatem zasadzałoby się na tropieniu „utraconego” lub – jeszcze lepiej – na archeologii kanonu. Czytać to uświadamiać sobie, że literaturę utraciliśmy jeszcze przed rozpoczęciem lektury. I tylko jej echa pobrzmiewają w suplementach, zamiennikach utraconego skarbu – książkach Tokarczuk, Chwina, Pilcha, Tulli czy Kruszyńskiego, tomikach Wencla albo Świetlickiego.

Niedefinitywność jest więc u Śliwińskiego cechą, która przysługuje literaturze. Nic w tym zaskakującego – pisarstwo nowoczesne z własnej niegotowości uczyniło sztandar. Sytuacja jednak zmieniła się o tyle, że w miejsce pogranicza literatury, eseizacji, hybrydyzacji, powieści o pisaniu powieści, dzieł otwartych, sylwiczności mamy dziś konstrukcje domknięte w każdym szczególe, a pod względem stylistycznym wyglansowane na wysoki połysk. Tyle że właśnie zbytek konstrukcyjnego ładu, nadmiar stylowej i poetyckiej elegancji utwory te zdradza. Są to wyroby literaturopodobne, starające się jedynie naśladować konwencję powieści czy innego gatunku. W ostatnim sezonie strasznie dużo mówiliśmy o utworach, które usiłowały udawać „literaturę zaangażowaną”, więc wszyscy wiemy, o co chodzi.

I teraz – czy obcując wyłącznie z kopią, można cokolwiek wnosić na temat niedostępnego oryginału? Coś zapewne można. Nie sposób również powiedzieć, że kopie są bezwartościowe, że nie dostarczają nam żadnych poruszeń. Jeśli o tym pamiętać, to okaże się nagle, iż Śliwińskiego wezwanie, by zamiast czytania krytycznego czytać „po prostu”, jest dramatyczną próbą pogodzenia się z czasem, który nie może zaproponować nam niczego więcej nad wyroby literaturopodobne. Zgaduję, że próbą w jakieś mierze podjętą wbrew sobie samemu. Niechaj krytycy przestaną zajmować się sobą – woła Piotr. Niech przestaną żądać od książek, by stosowały się do ich oczekiwań. Nie ma przecież powodu, aby deprecjonować jakąś lekturę tylko dlatego, że nie stosuje się ona do profesjonalnych norm i standardów!

Ciekawy głos, bo przecież jest to wezwanie do samolikwidacji. Śliwiński zakazuje metakrytyki, bo przedstawia mu się ona jako bezsensowny pokaz samouwielbienia, tej najgłupszej ze wszystkich odmian bałwochwalstwa. Ale ponieważ metakrytyka jest tylko rodzajem lektury krytycznej, to w istocie Piotr mianuje przeżytkiem każde krytyczne czytanie. Co pozostaje? Ano, pozostają praca u podstaw oraz praca organiczna. Bo jaka sytuacja jest, wiadomo: społeczeństwo chamieje, wskaźniki czytelnictwa lecą na łeb i jeśli nawet coś w księgarniach sprzedają, to cięgiem jeno Grocholę i Grocholę. Trzeba więc drobnymi kroczkami dążyć do odwrócenia stanu rzeczy. Najpierw ratować co się da z mocno nadwątlonego prestiżu literatury, przypominać o jej zasługach i niekwestionowanych wielkościach. Potem przyzwyczajać do obcowania z książką, kreować modę na czytanie. Warto również pokazywać, że literatura może być ścieżką kariery, sposobem na sukces. Niechaj wszyscy, co odeszli od książek, zobaczą, iż pisarze i czytelnicy nie są wcale jakimiś zmurszałymi reliktami dawnych czasów, że powieści i tomiki poezji ładnie wyglądają w dziale multimedia i nie kłócą się z grą komputerową czy empetrójkami. I dopiero odzyskawszy czytelników, można iść dalej – wysubtelniać gusty, rozbudzać apetyty lekturowe, snuć metodologiczne dywagacje.

Do realizacji takiego programu, istotnie, krytycznego czytania wcale nie trzeba. Wystarczy nam w zupełności czytanie „po prostu”. Dał nam Piotr Śliwiński wybór między samouwielbieniem a samorozwiązaniem, między miną zadufka a przekwalifikowaniem na dziennikarza lub – bo samorozwiązanie występuje w dwóch wariantach – dumnym odejściem w milczenie, wycofaniem do bibliotecznych piwnic, gdzie można jeszcze łowić drobiny kurzu, jaki został po utraconym kanonie. Co wybieracie? Krytykę literacką można oczywiście rozwiązać. Krótki żal, bo i tak już niewiele z tej instytucji zostało. Przyznam również, że samorozwiązanie to dużo bardziej honorowe wyjście niż czekanie na dzień, w którym powiadomią nas, że nie chcą już więcej „essayów” na tysiąc znaków ze spacjami, że wystarczy, jeśli przy tytułach książek po prostu postawimy odpowiednią liczbę gwiazdek, kropek, wykrzykników albo piórek.

Nie chodzi jednak o los obumierającej profesji, o grupę, na usługi której popyt gwałtownie się zmniejszył. W końcu nikt z nas nie nosi w kieszeni żadnej krytycznoliterackiej legitymacji, nie pisaliśmy się do związku, partii ani cechu, więc jeśli nawet sztandar wyprowadzą, to przecież każdy pozostanie z imieniem i nazwiskiem pod własnymi tekstami. To, czy przy okazji swojej lektury respektujemy style przyjęte we współczesnej humanistyce, jest sprawą akurat najmniej ważną. Czytanie krytyczne nie jest czytaniem podług metody ani czytaniem na ocenę. Jest to lektura, która stawia pytania samej sobie, która pyta o swoje warunki.

Czyżbym zatem samemu się skłaniał i innych nakłaniał do idolatrii? Z dwojga złego pewnie tak. Ale jakże tu się nadymać, namaszczać, budować sobie kapliczki i przypinać skrzydła do górnego lotu, skoro w piórka nie porosłem, skoro nikt mi ich nie dał, zaś rozdawać je w „FA-arcie” – próżna fatyga! Na piórka wzięła wyłączność kolorowa prasa. Więc co, skoro ani samouwielbienie, ani samolikwidacja? Hm, tak już mam, że niekiedy to lubię sobie poczytać. Krytycznie? A czy można czytać inaczej niż krytycznie?

(6 września 2004)

Czytany 498 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 24 luty 2020 10:37
Więcej w tej kategorii: « Hi-fi a literatura Mój grabarz Igor »

Strona www.FA-art.pl wykorzystuje informacje przechowywane w komputerze w formie tzw. ciasteczek (cookies) do celów statystycznych. Dowiedz się więcej.