Pierwszą powieścią s-f jest Apokalipsa. Argumentację tej buńczucznej tezy ograniczę do jednego kryterium. Dzieło to delektuje się stroną technologiczną pogromu. Wątek psychologiczny, moralny – sprowadzają się do minimum. Hipotetyczna antyteza świata nie ma na swoje usprawiedliwienie nic więcej nad hipotezę, że świat posiada antytezę. Zapewne stworzono ową hekatombę w roli spektaklu dla stu czterdziestu czterech tysięcy wybranych. W praktyce jest to całkiem godziwy nakład, więc Bogu jednemu wiadomo, że warto było wydać fortunę na atrament. Horyzont szczerzy kły: było nie było, jest on perspektywą dla oniemiałych bez zachwytu.


Apokalipsa okazuje się sposobem istnienia technologii. Tak samo jak technologia okazuje się sposobem istnienia apokalipsy. W istocie od zarania swoich dziejów eschatologia była pytaniem o środki techniczne – oględnym i górnolotnym pytaniem. Cel uświęca środki, ale dodaje raczej desperacji aniżeli animuszu.
Nic toteż dziwnego, że i w tej materii autorzy science-fiction zdradzają się z naiwną wiarą w nieograniczony postęp cywilizacji technicznej. Jeśli na świat spada zagłada, to raczej nadciąga ona ze strony hipertrofii technologii albo ze strony wyczerpania surowców materialnych. Z reguły nie bierze się pod uwagę wyczerpania surowców intelektualnych (tzn. pomysłów na dalszy rozwój).
Bohater z przyszłości wlewa do baku po prostu paliwo, inny tankuje jakiś sekretnie brzmiący neologizm, którego natura nie zostaje jednak czytelnikowi odkryta. Jeszcze inny napędza swój latający dywan po prostu czarną magią. Myśl z wielkim jedynie trudem, jak to powiedział Wittgenstein, dociera do swego kresu. Albo jeszcze inaczej, niemniej ze schedy tego samego autora: wierzę w to, co wiem.