Recenzent ma ten przykry przywilej, że jego strzały oddane w kierunku recenzowanego dzieła nie podlegają prawom grawitacji. Mierzy, strzela, trafia lub nie trafia – doprawdy mniejsza z tym, opór materii jest przecież żaden, wszystko to słowa, słowa, słowa – a ponieważ grawitacja, jak wspomniałem, jest dlań niełaskawa, po niejakim czasie, który zajmuje kuli (lub strzale – ale prędzej kuli) okrążenie globu, zostaje swoim odpałem trafiony od tyłu lub, raczej, odpałem owym centralnie wyrżnięty w – hmm – plecy.

Czynię te antygrawitacyjne uwagi, próbując zobrazować stan ducha kogoś, kto właściwe nigdy nie polował z recenzencką strzelbą na upostaciowany konkret, zwłaszcza na autora, bo nie strzela się przecież do kolegów. Ani do nagonki. Nota bene „nagonka” lub – w rodzaju męskim – „nagonek” jest to rodzaj autora występujący w utworach bez przyodziewku, nawet bez, wspominanych kiedyś przez Edwarda Stachurę, mitycznych skarpetek.

W imię tej zasady (do kolegów i – zwłaszcza – nagonki nie strzelamy, a nawet nie celujemy) kilku autorów i rząd ich utworów pozostawało poza moim polem rażenia. Nie żebym się nie interesował, ale miłość do konkretu, jak każda miłość, musi znać swoje granice. Wśród tych autorów był też Jacek Podsiadło.

Czy chcę powiedzieć, że Jacek Podsiadło był/jest moim kolegą? Tak, w pewnym sensie, jako mnie podobny okazjonalny recenzent (wiele bowiem Jacek Podsiadło gatunków uprawiał), był/jest. W innym sensie może też, nie przesądzam – niełatwo się wybiera trudne przyjaźnie, najtrudniej zaś je jednostronnie deklarować. Ale ja tu gadu-gadu, a w gruncie rzeczy chcę powiedzieć, że Jacek Podsiadło, wyrobiwszy rękę, nabrawszy doświadczenia, zaczął strzelać do czegoś abstrakcyjnego i dużego, nie na tyle jednak rozległego i abstrakcyjnego, by zaraz ogłaszać, że tłucze Panu Bogu okna. To coś i mnie wydaje się warte uwagi, interesujące jako temat, warte omówienia. Zaczem: uwaga, uwaga, strzeżcie się, Jaśnie Państwo, gdyż – stwierdzam po lekturze tomu Pod światło – Rumcajs grasuje (dla idei) w rzacholeckim lesie.

Rozpoczynając listę tego, co ciekawe, stwierdzę wpierw ogólnie, że autor nowej książki sygnowanej „Jacek Podsiadło” pisze jak Rymkiewicz, acz rapuje, gdy rymuje. (Czy Rymkiewicz mógłby rapować, nawet gdyby chciał? Wątpię). Uściślając, nie o to chodzi, że dużo rymuje, gdyż rymy dla wszystkich, którzy wcześniej czytali wiersze sygnowane przez Jacka Podsiadłę, to nie jest to żadna nowina. Chodzi o to, że bierze udział w debatach przetaczających się przez media. Czy raczej próbuje stawić czoło mediom przetaczającym się po debatach w dowolnej sprawie. Rzecz jasna, Jacek Podsiadło od „zawsze” był zaangażowany w sprawy świata tego, nawet jeśli przede wszystkim był zaangażowany w swoje sprawy, a świat interesował go wtedy, gdy go ranił. Czy to nie z tego powodu – koniec końców, sztukę poetycką chwilowo pominąwszy – znalazł swego czasu uznanie Czesława Miłosza? I spójrzcie państwo, Rumcajs, wolny zbójnik, niby – wydawałoby się, z natury konstrukcji lasu wnioskując – z Gajowym (o nielegalnie pozyskiwane drewno) powinien mieć sprawę, a przecież naprawdę Sprawę ma z książętami poetów i – czasem – z księżmi. Zachowując wszelkie proporcje i konieczne różnice, im to jest podobny, z ich paradygmatu pochodzi. Im też opór stawia i wbrew nim mówi (mówi, co myśli). Sakreble, klnie pewnie, czytając książkę Podsiadły, ten i ów hrabia czy książę. Klnie po francusku, bo dobrze zna ten język.

Po lekturze tomu jasne jest jednak, że Jacek Podsiadło ma Sprawę na pieńku także z mediami: teraz już mniej Telewizjami, a bardziej Internetami. Być może, kolejna rzecz ciekawa, właśnie rozpoznawszy, z kim ma naprawdę Sprawę, przestał Jacek Podsiadło bać się być śmiesznym także poza lupanarami, powiedzmy, że „pogodził się, że trzeba czasem płakać” (s. 36). Jego obrachunki z samym sobą w Lamencie świętokrzyskim, w których kreśli image poety, jakim się posługiwał („image mesjańsko-marsjański”, albowiem „Wziął na się los kierowcy” – s. 33), to są też poniekąd obrachunki z ostatnimi naszymi dwudziestoma laty w wersji „męskiej”, rzeczywistością niby łatwo opisywalną przez trzy K: kościół, kasa, kobieta. Owszem, po tych obrachunkach coś zostało autorowi, a mianowicie rodzina i wiara, jakkolwiek z wyraźnymi znakami dystansu – wyraźniej tych znaków dystansu niż w wierszach Psalm i Skąd się biorą dzieci nie dałoby się chyba postawić. I bodaj wcale to nie znaczy, że zaczęło interesować go coś takiego jak społeczeństwo ze wszystkimi swoimi abstrakcyjnymi wynalazkami, czyli instytucjami. Mało jest chyba prawdopodobne, by – choć „przeminęli papieże” (s. 18) – Jacek Podsiadło rymował dzisiaj do „czyja to wina” – „posła Gowina” zamiast „Hercegowina”.

Żeby jednak skomplikowaną dosyć naturę Sprawy, którą ma Jacek Podsiadło, wyłuszczyć, należy wziąć też pod uwagę rodowód, jaki kreśli sobie autor, a jest to rodowód słowo-robotniczy. Czy może raczej słowo-rzemieślniczy. Konkretnie po matce-polszczyźnie ma on zamiłowanie do ozdobników, po ojcu-robotniku/rzemieślniku – wiarę prostą jak z kowadła. A ponieważ rodowód ów sięga nie dalej niż do lat sześćdziesiątych, a opisywane realia wskazują na lata siedemdziesiąte, można przyjąć, że w tej genealogii ważną ciocią była Telewizja, a wujkiem – Odbiornik Rubin. I jeszcze paru kuzynów Słowników. (Streszczam tu wciąż wiersz Lament świętokrzyski).

Zaczem, zgodnie z prostotą przekazu Wiersza zalecanego przez ministerstwo edukacji do użytku szkolnego, nie szkoła, nie państwo i nie społeczeństwo są Nauczycielami, a Życie. Życie nieco, hmm, paradoksalnie pojmowane, bo wbrew pozorom mało Osobowe. Przyjdzie przyjąć, wyciągając wnioski z charakterystycznego braku osobowej matki we wspominanej wyżej genealogii, że idzie tu o Życie Kultury.

I ważna uwaga: zarówno poszczególne wiersze, jak i konstrukcja tomu Pod światło są kunsztowne. Naddatkowe, nie-rapowe – mimo wszelkich pozorów. To nie tylko klamra Przedmowy i Posłowia, które odpowiednio zapowiadają i streszczają „treść” tomu, o tym świadczy – każdy wers tej książki jest „zrobiony”. Właśnie „zrobiony”, a nie rzucony czy sklejony z półfabrykatów. Ręczna robota. Książka jako koncept, domknięta forma. Drogę, którą ta kunsztowność wskazuje, widziałbym streszczoną we frazach „Kiedyś słowa ją zdradzą. / Na nic się nie zdadzą” („Me Cincee Ann, me Cincee Ann”, s. 27) i „Błędnie brał zmienność za niestałość” (Lament świętokrzyski, s. 35).

Ale wróćmy do Sprawy. Zamiast sporu o Polskę czy o wiarę Jacek Podsiadło wdaje się w spór o rzeczywistość. I w tym sporze obstawia stanowisko realistyczne – niezmediatyzowana obecność jest jego podstawą. Co ciekawe, wprost przekłada się to także na sprawy wiary – Kościół jest takim samym medium jak wszystkie inne media. Zasady „chcesz porozmawiać z ludźmi – idź do telewizji, chcesz porozmawiać z Bogiem – idź do kościoła” autor zaakceptować nie może. W takim obrocie rzeczy dosyć oczywista staje się jego niechęć do „wizerunku” jako takiego, a konkretnie niechęć do bycia fotografowanym, filmowanym i do dziennikarzy w szczególności; znane są przecież, także z relacji Jacka Podsiadły, jego potyczki „pozornie o nic” z dziennikarzami przygotowującymi z nim rozmowy oraz materiały filmowe pokazujące jedynie Nogi Poety. Można by sądzić, że to jego patent na nieprzysiadalność, rodzaj przewrotnej autokreacji, trudny charakter wreszcie, ale to bodaj coś głębszego, wynikającego z przeświadczenia, że Kościół kradnie poetom słowa, a media – publiczność. Czy może na odwrót? A może to zwykła konsekwencja anarchistycznego „nie” mówionego wszystkim instytucjom poza tymi, które sami anarchiści tworzą?

W swoim autozwrotnym ikonoklazmie jest Jacek Podsiadło ponowoczesny, podobny wielu „znikniętym” autorom, którzy istnieją jedynie jako wysokie prawdopodobieństwo. Ponowoczesny jest też w działaniu – sam wykonuje zawód dziennikarza, czy może pokazuje, że ten zawód nie ma sensu, jeśli dziennikarz nie jest artystą. Myślę w tej chwili o prowadzonej przez niego stale audycji radiowej, ale też o dawniejszym felietonowaniu dla „Tygodnika Powszechnego”. Nie trzeba jednak dodawać, że wszystkie te jego pomysły są jednocześnie znakiem odklejenia od ponowoczesnego świata, którego główną zasadą, owszem, jest „postmedialność”, ale zrealizowana nie jako powrót do autentyzmu, czyli zaświadczania prawdy własną osobą i biografią, tylko hipermedialność, możliwość dowolnie głębokiego zapośredniczenia dowolnej prawdy. A co za tym idzie – możliwość łatwego wzbudzania emocji i na przykład manipulowania tak zwaną opinią publiczną.

Emocje. Nie raz bodaj prosiłem autorów, by nie opowiadali nam, co zobaczyli na ekranach. Ale też gdzie oni mogliby teraz zobaczyć coś, czego wcześniej nikt nie widział? Poza tym Rzeczywistość jest zawsze zmediatyzowana, jakkolwiek boleśnie byśmy ją odczuwali na własnej skórze (jak dobre masz łącze do mojego mózgu, pisarzu?). Emocje. Nie chodzi o to, by ich nie odczuwać. Chodzi o to, by nie wzbudzano ich nam zdalnie, masowo i dla czyjegoś widzimisię.

Jan Szaket

Jacek Podsiadło: Pod światło. Bez napiwku. Opole 2011.