sobota, 01 wrzesień 2012 11:00

Futurus, logos – myślę przyszłość

Napisał
Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Załóżmy, że poniedziałek. Ale skąd wiem, że poniedziałek? A może w tej odległej epoce, o której zamierzam napisać, nie będzie się korzystało z babilońskich miar czasu? To wahanie wyznacza ryzyko autora science-fiction. Poniedziałek zatem nieokreślonej (i niepewnej, o czym zapewniają wyznawcy Apokalipsy) przyszłości. Jeśli w grę wchodzi moje własne zdanie, to nigdy nie miałem szczególnej pewności, czy przyszłość jest pewna, czy niepewna.


Oczywiście, że pewna część futurologicznych przepowiedni się sprawdza. Intelektualne szamaństwo ma sens. Z zastrzeżeniem, że przewidzieć trafnie można tylko taki obszar przyszłości, który stanowi bezpośredni skutek procesów myślowych; ten natomiast obszar, który okazuje się konsekwencją bezmyślności i głuptactwa, przewidzieć można jedynie w ekstazie bezmyślności i głuptactwa. Nasze dociekania futurologiczne (futurus, logos – myślę przyszłość) są z konieczności fragmentaryczne. Wybieram dowolny przedmiot z otaczającej rzeczywistości, ulepszam go bądź psuję – oto przepis na instrumentarium człowieka nowej ery.

W książce Jamesa Gunna Droga do science-fiction przeczytamy następujące rozważania o technice powieściowej Wellsa: „Technika Wellsa polegała na wprowadzeniu jednego elementu fantastycznego, jakiejś osobliwej cechy lub nieznanego świata, a potem na wykazaniu, w jaki sposób reagują nań zwykli ludzie. Pisał: 'To, co interesujące w takich imaginacjach, to przełożenie ich na język pospolity oraz surowe wykluczenie innych dziwów z opowieści. Wówczas dzieło staje się ludzkie... Bowiem jeśli autor opowieści fantastycznych chce pomóc czytelnikowi właściwie zagrać w tę grę, musi mu w każdy możliwy sposób pomóc oswoić się z tą niewiarygodną hipotezą. Musi jakimś trikiem skłonić go, by nieświadomie przystał na jakieś możliwe do przyjęcia założenie i czytał dalej opowieść trwając w ułudzie'”.

Nie zastanawialiście się przypadkiem, skąd wziął się analogowy wózek inwalidzki w progresywnym świecie przedstawionym filmu Avatar? Prymitywny rewolwer przy biodrze demonicznego szefa ochrony? Film Camerona w gruncie rzeczy roi się od reliktów. Człowiek penetruje odległe planety, ale pewne rzeczy są wieczne: chociażby konflikt zbrojny w Wenezueli.

Chodzi mi o ów obszar – mniejszy lub większy – na którym fantazja spotyka się realizmem, dając wszak jednoznaczny dowód, że wielki spór między materią a duchem w dziele sztuki okazuje się czczym wymysłem filologów. Wymyślanie przyszłości – w jej aspekcie technologicznym – to uproszczona kodyfikacja najbardziej spektakularnych wad i najbardziej ukrytych zalet towarzyszących nam współcześnie przedmiotów.

Załóżmy, że rytm poniedziałków będzie wyznaczał miarę czasu. Tak zaczyna się nasza historia.

A więc założony poniedziałek, migający enigmatyczną elektroniką living room. Futurystyczna rodzina pałaszuje sałatkę z tuńczyka. Czy będą sałatki z tuńczyka? Czy nie zostaną dokonane ulepszenia w dziedzinie smaku? Złudzeń co do tego mieć nie wolno. Ale złudzenia grają w procesie twórczym istotną rolę. Skłonni bylibyśmy do sformułowania tezy, że nawet wśród autorów s-f spotkać można zarówno klasycystów, jak i burzycieli form. Ci pierwsi, epatując światem technologicznie przedstawionym, kładą jednocześnie nacisk na niezmienność natury ludzkiej. Drudzy właśnie naturę uznają za rzecz chwiejną. Natura jest odwiecznym wrogiem fantastów. Nie sposób jej wypędzić na banicję. Prawda, ale zawsze można ją zdymisjonować.

Gdyby poeci projektowali domy, nigdy nie wyroślibyśmy z epoki nocników. Ba, nie mielibyśmy po temu powodu!

Cóż jednak, gdy poetom oddaje się wszechświat? W pierwszej kolejności – przestaje on być wszechświatem. W misterium kreacji czynnikiem najbardziej ludzkim jest niemożliwość zupełnego wykończenia.

Kto sprzątał kibelki na pokładzie Star Treka? Kto ścierał kurze z pulpitu myśliwca Skywalkera? Powinno to być wyjaśnione. Byłoby uczciwe ze strony producentów, gdyby do swych dzieł dokręcali film dokumentalny wyjaśniający te kwestie.

Futurystyczne kostiumy to słaby punkt produkcji s-f. Może mój gust jest nie taki jak trzeba, ale widzę sprawy w ten sposób. Twórcy filmów fantastycznych popisują się odzieżową indolencją. Przewidywany jest zmierzch stylistyki. Przyszłość – w domniemaniu autorów s-f – będzie umundurowana. Zaginie smoking i spódniczka. Imperium Prady będzie skazane na zagładę – kobiety przyszłości nie będą używały torebek ni biżuterii.

Przyszłość nie może być wyobrażona w ogólnych zarysach, a jedynie w oderwanych konkretach.

Czytany 13039 razy Ostatnio zmieniany sobota, 01 wrzesień 2012 11:17
Marek K.E. Baczewski

Marek K.E. Baczewski – ur. 1964, poeta, prozaik, krytyk literacki, autor słuchowisk radiowych, felietonista „FA-artu″ oraz kwartalnika „Opcje″. Mieszka w Zawierciu. Laureat nagrody poetyckiej im. R.M. Rilkego. W maju 2007 roku został nominowany do Nagrody Literackiej Gdyni za tomik Morze i inne morza. Wydawnictwo FA-art opublikowało kilka jego książek poetyckich, ostatnio zaś zbiór opowiadań: Bajki Baczewskiego.

Strona www.FA-art.pl wykorzystuje informacje przechowywane w komputerze w formie tzw. ciasteczek (cookies) do celów statystycznych. Dowiedz się więcej.