wtorek, 01 luty 2005 10:21

Bohater naszych czasów

Napisane przez Krzysztof Uniłowski
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

W pierwszych słowach mego felietonu pragnę zapewnić, że nasz redakcyjny kolega, Dariusz Nowacki, jest osobą pełnoletnią. Jeśli przed kilku laty zdecydował się pisać do wysokonakładowych gazet, to na pewno zdawał sobie sprawę z kłopotów, jakich mu przysporzy taka decyzja. Nie potrzebuje też Nowacki adwokata. Będąc osobnikiem biegłym w czytaniu i pisaniu, sam potrafiłby wyłożyć swoje racje.

Wszystko to prawda, jednak warto zauważyć, iż minęły cztery lata od pamiętnego wystąpienia Kingi Dunin, w którym dominujący dyskurs medialny (DDM) został zdemaskowany jako najnowsza wersja Węża-Kusiciela. Co najmniej od tamtej pory niebezpieczne związki między literaturą, mediami a rynkiem pozostają oczkiem w głowie wszystkich, co to zwykli troskliwie się pochylać nad biegiem literackiej rzeczy. I, ciekawostka, tak się jakoś porobiło, iż ostatnio problem bywa sprowadzany właśnie do… Nowackiego. Wychodzi na to, iż troska o niezależność sztuki słowa znaczy dzisiaj tyle, co troska o cnotę Dariusza N.

Jesteśmy oto świadkami wielkiej bitwy naszych czasów. Nad głową Nowackiego zasnute niebo rozdzierają gromy błyskawic. To siły dobra rywalizują z wysłannikami ciemności, wydzierając sobie jego duszę. Napisał Nowacki kuriozalną pochwałę Widmokręgu, wynosząc na piedestał książkę ledwie przeciętną i podżyrowując szopkę, zwaną Nagrodą Literacką Nike? Oj, niedobrze, pięć punktów dla drużyny z piekła rodem. Napisał również felieton, w którym z Nagrody Nike sobie dworował – dobra nasza, przynajmniej jeden punkt straty został odrobiony.

Zabawne to widowisko, ale warto przy okazji nadmienić, iż Nowacki występuje co najmniej w podwójnej roli. Pozostaje ekspertem, specem od literatury i życia literackiego, a zarazem bohaterem moralitetu. Potrafi przy tym korzystać z przywilejów wielopozycyjności, najzupełniej instynktownie, lecz ze znakomitym skutkiem, balansując między rozmaitymi obiegami.

Rzecz jasna, naraża się w ten sposób na zarzut cynicznej dwulicowości. Zdaje się sofistą, który próbuje się prześlizgnąć między zinstytucjonalizowanymi i skonwencjonalizowanymi trybami mówienia o literaturze, poświęcając Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Gra na kilku frontach, lecz przecież stawką w tej grze jest obrona własnej niezależności. Owszem, wypowiedź na temat Widmokręgu mogłaby zostać uznana za wymowny dowód upadku, świadectwo krytycznoliterackiego konformizmu. Tymczasem już parę tygodni później Nowacki proklamuje: „Krytyka to głos wolny wolność ubezpieczający”. I zapewnia, że język wysokonakładowej prasy „nie jest moim językiem. Mnie szczerze mówiąc nie obchodzi, jaką Kuczok dostał nagrodę. Zdarzyło mi się napisać o Gnoju tekst, z którego jestem dumny, bo nie użyłem w nim ani razu słów »Nike« i »Polityka«”…

Kto to mówi? Jeśli wszystko, co przytoczone wyżej, ma być prawdą, to skąd w ogóle Nowacki w tym medialnym cyrku? Zaiste, prostoduszny czytelnik mógłby wpaść w nie lada konfuzję. Andrzeja Skrendo do prostodusznych zaliczyć się nie godzi, niemniej to właśnie on raczył Nowackiego przedstawić w mocno dwuznacznym świetle. Wystarczyło skonfrontować wyimki ze starych i nowych tekstów podejrzanego Dariusza N., by stworzyć wrażenie, że po okresie heroicznej, inteligentnej i przenikliwej krytyki medialnych manipulacji, nasz bohater dał się skusić. Przeszedł – śladem lorda Vadera – na ciemną stronę Mocy.

Skoro była zdrada, to i sąd być musi. Istotnie, usiłowano kilkakroć Nowackiemu wytoczyć sprawę na stronie literatorium.pl. I nie tylko tam. Przypomnę epizod dość zagadkowy. Wezwany, by wytłumaczyć się z bicia krytycznoliterackiej piany wokół idei „literatury zaangażowanej”, Nowacki odpowiedział co następuje: „mam wątpliwości, czy warto tak mocno przywiązywać się do tekstu króciutkiego, stricte publicystycznego i kontekstowego przecież (…), no i prościutkiego jak konstrukcja cepa. Nad czym tu wydziwiać?”

Dość intrygująco wypada ten gest dyskredytacji własnej wypowiedzi. Owszem, coś tam sobie naskrobałem w „Wyborczej”, ale żeby od razu robić wokół tego larum? Nowacki usiłuje nas przekonać, że pisanie do prasy wysokonakładowej ma swoją specyfikę, że są to teksty specjalnej troski, powstałe na użytek ograniczonych i niekompetentnych czytelników, pełne uproszczeń i schematów myślowych. Jako autor takich artykulików, Nowacki musi używać argumentów oraz pojęć dostosowanych do percepcji osób, które literaturę znają wyłącznie ze stron kulturalnych ulubionego dziennika.

Wzywający Nowackiego do wytłumaczenia się Wojciech Giedrys, całkiem przeciwnie – na chwyt umniejszenia rangi artykułu odpowiada jego demonizacją. Autorytet cenionego krytyka oraz – jak się pokaże – wychowawcy prozatorskiej młodzieży w połączeniu z powszechną dostępnością „Gazety Wyborczej” tworzą piorunującą mieszankę, która wszelkie niezobowiązujące dywagacje krytyczne przekształca w nieodwołalny werdykt, literacki dekalog: „Dariuszu, powinieneś mieć jednak świadomość, że jesteś najważniejszym krytykiem młodej prozy i Ty także w jakimś stopniu (dość dużym) ją projektujesz. I czasami może się tak stać, że to co powiesz będzie święte, ludzie się Ciebie naprawdę słuchają (…), ja się czasami Ciebie słucham; tym bardziej »wielbią« Cię młodzi prozaicy (…). Jesteś niestety albo stety WYROCZNIĄ najmłodszej prozy”.

Przyznajmy, że to sytuacja co najmniej dziwna. Oto głos, który płynie z młodoliterackiego offu, z odległych peryferiów publicznego dyskursu, podejmując krytykę głównonurtowej krytyki literackiej, przypisuje jej zarazem ogromne znaczenie czy wręcz – siłę sprawczą. Tymczasem Nowacki swoją wypowiedź bagatelizuje, przedstawia ją jako pozbawioną większego znaczenia i wielce się dziwi, że można potraktować ją inaczej. Wojciech Giedrys żywi żal, ale zarazem schlebia, podsuwając Nowackiemu berło, jabłko i koronę oraz żądając od niego w zamian poczucia absolutnej odpowiedzialności za sytuację literatury. Jednak z punktu widzenia Nowackiego taka propozycja stanowi zamach na jego swobodę (nie mówiąc o tym, że wpisuje go w rolę karnawałowego króla, co to nazbyt się przejął swoją elekcją). Owszem, Nowacki przed odpowiedzialnością nie ucieka – ale ma na myśli odpowiedzialność wyłącznie autorską. Tym samym nie przyjmuje do wiadomości sugestii, że jego sytuacja w zasadniczy sposób odbiega od sytuacji każdego innego autora. Każdy bowiem autor ponosi odpowiedzialność za własne wybory i jeśli ktoś wyciągnął niefortunne wnioski z artykułu Nowackiego, uznał go za wskazówkę czy instrukcję gwarantującą natychmiastowe powodzenie, to trudno – sam sobie będzie winien albo też, w przeciwnym wypadku, tylko on sam pozostanie sprawcą swojego sukcesu.

Gdybyśmy Nowackiemu zawierzyli bez reszty, to trzeba byłoby stwierdzić, że jego flirt z prasą wysokonakładową zasadza się na przekonaniu, iż krytyka literacka uprawiana w tym miejscu nie posiada żadnego znaczenia. Zresztą nie tylko w tym miejscu. Krytyka w ogóle nie posiada żadnego znaczenia. „Recenzje dziś nic nie znaczą” – to akurat zdanie Nowacki powtarza konsekwentnie od lat. Powtarzał je ongi w „FA-arcie”, powtarza je dzisiaj, w wysokonakładowej prasie.

O tym, że wypowiedzi krytyczne nie mają większego znaczenia, długo by wywodzić. O argumenty i przykłady dość łatwo, a nawet – podejrzanie łatwo. Z drugiej strony, są i tacy, którzy w braku złudzeń Nowackiego znajdują szczególnie wymowne świadectwa jego przenikliwości. Choćby Jerzy Pilch: „Nowacki, najinteligentniejszy z nich [z krytyków] chyba, najlepiej piszący, zdaje się rozumieć, że głos jego nie ma znaczenia, po prostu”.

Trudno, teza o braku znaczenia każe nam postawić szalenie poważne pytanie o sens tego wszystkiego. Bo czy w takim razie w ogóle warto się parać krytyką? Nowacki poczyna nam wyglądać już to na masochistę, już to na kogoś, kto w istocie gardzi tym, co robi, po cichu zazdroszcząc takiemu Pilchowi. Owszem, myśl, że dziś także literatura nic nie znaczy, taka myśl w końcu musiała zaświtać nawet w kosmatym łbie niejednego pisarza. Mimo to Pilch ma nieco racji, bo przecież kondycji twórcy oraz krytyka i tak zrównać nie sposób. Koniec końców, pisarz może zabawiać PT publiczność tak zwanym byciem sobą, tymczasem nadzieja, iż kogokolwiek zainteresują alkoholowe czy sercowe perypetie krytyka, najpewniej okazałaby się złudna.

Cóż więc po krytyku? Totalna niemożność zdaje się znakomitym gruntem do hodowania w sobie roślinki cynizmu, tak ważne zaś dla Nowackiego poczucie swobody przedstawia się jako beztroska obojętność, jako postawa wyrosła z intelektualnego leseferyzmu, oportunizmu, koniunkturalizmu i relatywizmu. Mówiąc krótko, wszystkie grzechy główne razem wzięte!

Można jednak inaczej. W tezie mówiącej o braku znaczenia krytyki literackiej spróbujmy się dopatrzeć nie diagnozy, lecz projektu. Innymi słowy, Nowacki domagałby się i sam jakoś praktykował taką krytykę literacką, która odmawiałaby sobie prawa do znaczenia i która by to znaczenie relatywizowała. Chodziłoby o intelektualną perwersję czy dywersję, która przy założeniu, iż nie ma żadnego innego znaczenia jak tylko społeczne, skupiałaby się na nieustannym problematyzowaniu sensu, próbach jego destabilizowania, dekontekstualizacji, przemieszczania. Krytyka w takim rozumieniu byłaby aktywnością negatywną, wywrotową, wprowadzeniem nieoczywistości w pole widocznego, niejasności w pole zrozumiałego, byłaby komplikowaniem tego, co wydaje się proste. Tak pojęta krytyka wzdragałaby się przed ferowaniem opinii, formułowaniem werdyktów, tworzeniem hierarchii, postrzegając w tym wszystkim działania nieuprawnione. Jeśli cokolwiek, to Nowacki do głowy Wojciecha Giedrysa wkładałby tę naukę, że nikogo nie należy „się słuchać”, bo później i tak trzeba będzie samemu zapłacić za swoje decyzje. Także te czytelnicze. Mimo swojej negatywności (czy raczej – dzięki niej), postawa krytyczna posiadałaby oczywisty aspekt etyczny. Przedmiotem afirmacji byłaby tu aktywność krytyka, wyzbyta jakkolwiek pojętego celu, niekonkluzywna, donikąd niezmierzająca. W konsekwencji uprawianie krytyki stawałoby się grą o samego siebie, ale nie w znaczeniu adoracji swojego „ja” jako obiektu do wyrażenia (nie chodzi więc o to, iż krytyk wyraża swoje gusta, preferencje czy choćby swój program). „Ja” oznaczałoby tutaj samą aktywność, samą komplikację, niezgodę na stabilizację znaczeń. „Nowacki” to nie byłoby imię własne, lecz raczej rzeczownik odczasownikowy.

Obecność naszego bohatera w popularnej prasie najprościej można objaśnić jako wyzwanie rzucone samemu sobie. Rzecz w tym, aby dowieść, że krytyka możliwa jest również w otoczeniu najmniej sprzyjającym. Zresztą, tylko w takim otoczeniu miałaby ona jakąś wartość. Pod koniec 2000 roku, w artykule Dwie normalności, Nowacki roztaczał dość optymistyczną wizję gry, jaką krytyk winien prowadzić z wszechpotężnymi mediami. Pozornie ustępując przed ich dyktatem, miał w istocie w sposób niezauważony przemycać takie treści, które nieprzyprawione czy niezawoalowane okazałyby się dla medialnego smoka mocno niestrawne. Ten scenariusz, istotnie, bardzo długo wydawał się aż nazbyt optymistyczny. Ustępstwom nie było końca, a zapowiedziany kontratak jakoś nie następował. Porównajmy jednak obecną sytuację i tę, z jaką mieliśmy do czynienia kilka lat wcześniej. Wówczas – o czym pisało wielu – komunikacyjne kanały zdawały się zupełnie niedrożne, podział na główny rynek i poboczne sektory nie tylko trwały, ale też dokonany z wyłączeniem jakichkolwiek instancji pośredniczących; los debiutanta nie tylko trudny, ale zwyczajnie – przesądzony. W ciągu kilku lat zmieniło się całkiem sporo. Czy to jednak rzeczywiście było zasługą Nowackiego? – zapytacie. Być może więcej uczynili Jerzy Pilch z felietonem o Masłowskiej albo PDW ze swoją „Lampą”? Nie wykluczam. Najpewniej zresztą zadziałały po prostu mechanizmy rynkowej samoregulacji. Po kilkuletniej posusze sięgnięto po świeże nazwiska, aby ożywić całą branżę. A jednak Nowacki nadał tym zmianom pewien kierunek. Nie chodzi o to, że jego faworyci wzięli parę nagród literackich. Otóż w obiegu pojawiły się książki, które znowu nie tak łatwo poddają się próbom jednoznacznego zaszufladkowania. Może to i było warte pisania dyrdymałów o „literaturze zaangażowanej”? Kto ma oczy do czytania, ten zauważy, że taki Sieniewicz, Kuczok czy nawet Shuty poczynają sobie z tym „zaangażowaniem” dość perwersyjnie. A ci, którzy literatury czytać nie potrafią? Ha, właśnie dla tych są recenzje w „Gazecie Wyborczej”…

owacki dość chętnie wskazuje na zupełną nieistotność, bezużyteczność specjalistycznej prasy fachowej, owej sterty niskonakładowych tytułów, do których zupełnie nikt, poza garstką maniaków i hobbystów, nie zagląda. Nie czyni tego jednak w trybie zarzutu. Brak znaczenia nie może być przecież stopniowalny! Pisząc o nieistotności obiegu specjalistycznego, Nowacki nie odżegnuje się od związków z tą przestrzenią. To nie tak, że specjalista od „essayów” na trzy tysiące znaków w wysokonakładowej prasie spogląda z politowaniem na pisemka w rodzaju „Twórczości” czy „Studium”. Nie tym razem. Nowacki przecież rymuje swoją własną nieistotność z nieistotnością tego obiegu. Ta druga wspiera tę pierwszą. W ten sposób nie tylko wyjaśnia się jego obecność w niszowych tytułach, w ten sposób staje się jasne, że pozostają one dla niego matecznikiem, dzięki któremu w ogóle możliwe jest prowadzenie gry z prasą wysokonakładową. Prostomyślny czytelnik z niejakim zaskoczeniem może przyjąć, że mimo swojego medialnego awansu, gość znajduje czas i ochotę na pisanie do gazetek, których nie czyta nawet pies z kulawą nogą. Tymczasem nie jest przypadkiem, że jego ostatnia książka okazała się w biblioteczce dwumiesięcznika „Studium”, zamiast – jakby należało się spodziewać – w serii „Z Wagą”, w twardej oprawie i z logo wydawnictwa W.A.B. Prawda, że Wielkie wczoraj to książka tyleż dająca do myślenia, co nierówna, że pewne wątki nie zostały należycie rozwinięte, że pomieszczanie tekstów pisanych pierwotnie dla prasy wysokonakładowej oraz tej niszowej zaowocowało niedostatkiem spójności. Jest również prawdą, że Wielkie wczoraj to, suma sumarum, książka słabsza niż Zawód: czytelnik. To zaś, że daje do myślenia, w ostatecznym rachunku obraca się przeciwko niej: opublikowana w niszowym wydawnictwie nie może wszak liczyć na to, że ktokolwiek odpowie na jej wyzwanie. I trudno sobie wyobrazić, żeby Nowacki o tym wszystkim nie wiedział. Więc po co? Właśnie po to, żeby skomplikować własny wizerunek, przesunąć się w inną przestrzeń. Nowacki potrzebuje obiegu niszowego, by formułować w nim swego rodzaju kontr-tekst, samemu plasując się między tekstami. Wielkie zaś media są w jakimś stopniu szachowane samą ewentualnością takiego ruchu, samą sugestią, że możliwa jest innego rodzaju wypowiedź, sformułowana podług innych reguł i skupiona wokół innych wartości. Dlatego z punktu widzenia Nowackiego pożądane okaże się daleko idące zróżnicowanie obiegów literackich, a nie – ich homogenizacja. Jeśli więc nasz bohater dokucza złośliwostkami młodoliterackiej niszy, to groźby dopatrzy się w lekceważeniu samych siebie i swojej odrębności, a przynajmniej – niewykorzystywaniu tych atutów. Czy to nie dziwne, spyta, że tak chętnie rozwodzicie się nad banalnymi artykulikami z dzienników i kolorowych gazet, a milczeniem zbywacie swoją własną pracę? Lekceważąc to, co powstaje w niszy, niszowe pisma strzelają gola do własnej bramki, choć może jest i tak, że niszowa krytyka literacka okazuje się na tyle głęboka i wnikliwa, że tej wnikliwości starcza na pisanie, ale już nie na to, by czytać i komentować się nawzajem. A skoro tak, to rzeczywiście pozostaje już tylko glosowanie „Wyborczej”, „Polityki” lub „Wprosta”.

Czy to znaczy, że w Dariuszu N. upatruję krytycznoliterackiego rycerza bez skazy i zmazy? Bynajmniej! Strategia i taktyka Nowackiego nie są wyrachowane, nie polegają na realizacji jakiegoś z góry określonego programu. Jego decyzje są zazwyczaj podejmowane doraźnie, z uwagi na daną sytuację i nic dziwnego, że niektóre okazują się mało szczęśliwe. To mistrz improwizacji, ufający (być może nadmiernie) swojej błyskotliwości i refleksowi. Cóż, krytyk może doskonale wiedzieć, ba! może czuć wszystkimi porami skóry, że nic nie znaczy i że nie powinien znaczyć, a mimo to zdarza mu się ulec podszeptom nie tyle Wojciecha Giedrysa, co „Gazety”, która mu poddaje starą śpiewkę: „Jesteś WIELKI! Machaj tym piórem!” Powiem otwartym tekstem: tego, co Nowacki napisał o Widmokręgu, nic nie tłumaczy, nawet ślepa miłość do prozy ulubionego (wśród młodych pisarzy) autora. Trzeba się jednak natychmiast zmitygować, bo przecież kto sam jest bez winy, ten niech pierwszy… A poza tym jakoś głupio stawiać zarzuty, skoro akurat do nas medialne grube ryby nie przemówiły. Nie tylko z przekładami literackimi, bo również z krytykami jest zupełnie jak z tą panną, co to albo cnotliwa, albo ponętna. Żeby zamknąć wątek: że Nowacki nie okazał się Galahadem, nie dziwota, bo ten był wyjątkiem nawet śród rycerzy okrągłego stołu.

Najciekawsze w tym wszystkim wydaje mi się, że wszystkie wolty, niekonsekwencje, zwycięstwa i porażki Nowackiego w dużej mierze odpowiadają perypetiom krytyki jako instytucji. Dlatego łatwo o wrażenie, że w jego przygodach odbija się cząstka naszego własnego losu, a przynajmniej – takiego, jakim chcielibyśmy ten los widzieć. Wygląda na to, że Nowacki uosabia aspiracje krytyki, a sądzę, że również literatury. I choć pewnie ktoś powie z przekąsem, że jakie czasy, taki bohater, to przecież nie będzie to znaczyło, że ów zgryźliwiec przybywa do nas skądś spoza tego czasu.

(1 lutego 2005)

Czytany 765 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 24 luty 2020 10:31

Strona www.FA-art.pl wykorzystuje informacje przechowywane w komputerze w formie tzw. ciasteczek (cookies) do celów statystycznych. Dowiedz się więcej.