Przeglądarka

 

Koło pióra. W „Pograniczach” (1998, nr 2) bardzo dobra recenzja pióra Andrzeja Skrendy. Recenzja jest tak dobrze napisana, że podejrzewamy, iż pod pseudonimem skrywa się postać jakiegoś szerzej już znanego krytyka. Ale jeśli nie - to niech żyje nam świeże, rewelacyjne pióro. Proszę sobie tylko wyobrazić (przed obowiązkowym przeczytaniem): fajerwerki formalne (dwa zdania recenzji właściwej i dwa ogromne post scripta), erudycyjne (Gorgiasz, Protagoras; w epizodach Platon, Machulski, Hegel i Stala) oraz interpretacyjne (odniesienia zarówno do filozofii jak kuchni i filmu). Wszystko pisane lekko i z dowcipem, acz kompetentnie. Na marginesie: recenzowaną książką jest Menu Lopeza Mausere, Berlin 1997.

Siła zaklęcia. Ukazał się kolejny - sygnowany 28,8 - numer pisma nosem „bruLion”. Brakujące 0,2 do pełnego 29 numeru zapewne zawierało świeże spojrzenie na sprawę, które ulotniło się po upływie terminu ważności publikowanych materiałów (dwa lata minęły od ostatniej edycji pisma). W liście apostolskim Roberta Tekielego, skierowanym do „Krzysia”, „Czarka” i „Przyjaciół” (Tylko prawda jest skuteczna) słowo „prawda” (plus pochodne) pojawia się 14 (słownie: czternaście) razy. Tekst jest krótki (na oko 6 stron maszynopisu), co by znaczyło, że owa prawda nie jest tak skuteczna, jak ją św. Robert maluje. Być może skuteczna staje się wtedy, gdy przechodzi w zaklęcie. Coś jak w kampaniach reklamowych - jeśli tysiąc razy słyszę, że margaryna Rama jest wyśmienita, to chyba taka się staje... Na marginesie: Skorowidz doktrynalny dołączony do Pisma Świętego Nowego Testamentu i Psalmów (Pallottinum 1976) informuje, że pojęcie „prawda” pojawia się w Ewangelii wg św. Jana piętnastokrotnie i jest to absolutny rekord (pozostali ewangeliści tudzież św. Paweł rzadko używają tego słowa). Z tego, co jeszcze zostało nam w pamięci po lekturze całości: w poczcie redakcyjnej niejaki Miłosz B., Kraków, został poinformowany, że w numerze 28. „bruLionu” nie zamieszczono zdjęć Ducha Św. Tak?! To po jasną cholerę wszyscy ten numer kupowali?

Pisarz krakowski. Pojawiające się od jakiegoś czasu pogłoski, że wyśmienity prozaik młodszego pokolenia, Krzysztof Varga to pisarz krakowski (a nie, jak wcześniej sądzono, warszawski), nareszcie znalazły potwierdzenie. Nobliwy miesięcznik podwawelski „Dekada Literacka” nr 4/1998 piórem prof. Marty Wyki rzecz definitywnie rozsądził - 45 pomysłów na powieść, najnowszy produkt beletrystyczny Vargi, został ze wszech miar dopieszczony i uznany za najpełniejszą emanację ducha pokolenia. Pisarz stał się w ten sposób pisarzem całą gębą, a dodatkowo - on albo jego wydawca - może/mogą sobie wpisać do noty biograficznej umieszczonej na okładce lub skrzydełku kolejnej książki: „o prozie Vargi pisali m.in. Iksiński, Wyka, Igrekowski...”

„Dekada Literacka” kwacze. Na pierwszej stronie nru 5/1998 niby wszystko OK, jak na to, powagę zachowujące, krakowskie pismo przystało: pomnik Mickiewicza w remoncie (zdjęcie) i artykuł A. Fiuta „Pan Tadeusz przez Miłosza na nowo odczytany”. A w środku trzęsienie ziemi: wywiad Agnieszki Kosińskiej z Zytą „twórczość Berezy” Rudzką i - dziwy niesłychane - sążnisty i bardzo interesujący artykuł Marka Tobolewskiego o grze komputerowej Quake i graczach w Quake'a kwaczących. Jakby sążnistości było mało, autor tekstu zadaje w nim takie pytanie: „Czym dziś różni się wirtualny wojownik, który zaczyna dzień swego życia w świecie Quake'a od lektury codziennie aktualizowanej oficjalnej strony WWW polskich graczy, od tego, kto rano kupuje 'Gazetę Wyborczą' a wieczorem ogląda Wiadomości w TV?” Uprzejmie odpowiadamy: nie wiemy jak w innych miejscach, lecz w Krakowie, to ów wojownik różni się lancą. A ściślej: brakiem lancy.

Epidemia WWW. W „Odrze” nr 6/1998 nie kwaczą tak jak w „Dekadzie Literackiej”, ale za to (chyba) narodziła się nowa rubryka Web Site Story. A w niej dywagacje o grafomanii poetyckiej w internecie, adres strony domowej Davida Bowie, podany przy okazji przypominania, iż album tegoż pt. Earthling w sieci właśnie miał swoją premierę oraz zachęta do czytania Miłosza Biedrzyckiego on-line. Po kolei: grafomania wg niejakiego m@ta, autora rubryki, w poezji interenetowej przeważa, ale przegra i tak. Precedensowa premiera albumu Earthling, ma dwojakie znaczenie: toruje drogę podobnym inicjatywom w dziedzinie literatury oraz - to już nasz domysł - pozwala sądzić, iż pewien felietonista „Odry” podpisujący się Earthling jest samym D. Bowim. Bowim Bogim a prawdą nie wimy czy nie nazbyt naciągany byłby przykład premiery internetowej albumu muzycznego na świetlaną przyszłość książek w internecie, gdyby okazało się, że to jakiś zwykły śmiertelnik pisze pod takim pseudonimem. No, a Biedrzycki ma swoją ostatnią książkę ładnie wstawioną pod adres http:/www.darta.art.pl/poezja i opatrzoną „siecią odniesień między poszczególnymi słowami i linijkami w wierszach”. To ostatnie, jako - jak zapewnia - odautorski gest pozwala m@towi napisać, iż „nie wyobraża sobie wyczerpującego omówienia książki Miłosza Biedrzyckiego, które nie uwzględnia jej wersji interaktywnej.” Rozumiemy, że trzeba jakoś zaktywizować nieruchawy ludek krytyków i historyków literatury, ale - prawdę powiedziawszy - wyczerpującego omówienia jakiejkolwiek książki, zwłaszcza poetyckiej, a szczególnie Miłosza Biedrzyckiego, my też sobie nie wyobrażamy.

Bierz ich, Bylica. „Fraza”, jedyne pismo, które jest - w odróżnieniu od innych, tylko sponsorowanych - sponsorowane i dedykowane (np. Marii Danilewicz-Zielińskiej w nr 4/1997) wzięła udział w życiu literackim. W edycji 1997, nr 3 rzeszowska redakcja podpisała się pod postponującą recenzją z książki autoreklamowo-krytycznej Niebawem spadnie błoto pióra R. Grupińskiego i I. Kiec. Idzie to tak: „Podpisujemy się pod opinią Grzegorza Bylicy na temat książki R. Grupińskiego, I. Kiec, Niebawem spadnie błoto (1997). Recenzent pisze m.in.: „Egzaltacja krytyków z 'Czasu Kultury' sięga zenitu...” (Propaganda sukcesu. „FA-art” 2-3 '97)”. (Nawiasem mówiąc, Izolda Kiec zniknęła ze stopki „Czasu Kultury” po ukazaniu się książki - Rafał Grupiński pozbywa się świadków?).

Kiedy pisarz umiera? W kolejnym odcinku - trzecim już, lecz nie ostatnim - pasjonującej rozmowy z Andrzejem Brychtem (przepytuje przyboczny niezapomnianego Stana Tymińskiego, Roman Samsel) pojawia się taki oto passus: „Po przeczytaniu Pięknych dwudziestoletnich - powiada Brycht - zgodziłbym się z twierdzeniem Andrzejewskiego: 'Kiedy pisarz nie ma nic więcej do powiedzenia, umiera'” („Literatura” 1998, nr 6, s. 40). Reguła ta, jak się zdaje, nie ma, mimo wszystko, charakteru uniwersalnego albo też deczko się zdezaktualizowała. Po trzydziestu latach, jakie dzielą nas od zgonu Hłaski, jest chyba wręcz odwrotnie: kiedy pisarz nie ma nic do powiedzenia, rozkwita, cera robi mu się rumiana, jego krok nabiera sprężystości, a oczy blasku... Słowem, witalizm jak sto diabłów! Dowody? Niech to poświadczą ci, którzy widzieli ostatnio smakowitą i soczystą (plotka głosi, że również owocującą) Manuelę Gretkowską podczas spotkań promocyjnych jej nowej książki (Światowidz).