Stasiuk i Eliade, Tokarczuk i Muminki
Było to w budynku szacownego Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ (więc przy kawie i papierosach). Albo przy kawiarnianym stoliku (więc przy piwie i papierosach). Mój akademicki kolega, wybitny parnickolog (na UŚ wszyscy parnickolodzy, do diaska, wybitni) opowiadał o pewnej pracy magisterskiej, której autorka pisała o Andrzeju Stasiuku. Pisała więcej o osobie autora niż o jego twórczości. Były więc kolorowe fotografie i zapis wrażeń z pobytu w domu pisarza… Był także opis pokoju i biurka twórcy, na którym leżał właśnie rękopis nowego, nie ukończonego jeszcze utworu, a obok jedna z prac Mircei Eliadego. Kolega urwał swą opowieść i spojrzał na mnie, najwyraźniej czekając na jakąś reakcję. Nie wiedząc, ku czemu zmierza, czym prędzej na twarz ubrałem coś, co mogło wyglądać na grymas uśmiechu.
- To wasza wina - powiedział po chwili kolega. - To wy, krytycy, wmówiliście mu tego Eliadego!
Pewnie, mogłem odpowiedzieć, że to nie moja sprawa, że ja o Stasiuku rzadko (i raczej krytycznie). Mogłem powiedzieć swojemu koledze, że przesadza. Że dorobek Stasiuka nierówny. Że, owszem, są tu książki pisane pod publiczkę, ale też takie, które wypada traktować poważnie. Przypomniałem sobie jednak, że sam też kogoś tam pochopnie pochwaliłem, że sam nie zawsze zdołałem się obronić przed pokusą pseudoerudycyjnego popisu…
Nie, mój kolega nie wymyślił sobie problemu, a ja nie taki znów niewinny, jakbym tego sobie życzył. Już przed laty, gdy tryumfalnym biciem w dzwony witano Weisera Dawidka, można było dostrzec podejrzaną łatwość rodzącej się metody krytycznej. Chodzi o igranie kontekstami antropologicznymi i kulturoznawczymi, o przekładanie metafory na metaforę, nadymanie balonu symboliczności, o radosną i beztroską pseudoegzegezę bez żadnej troski o systemową spójność. Czegoś w utworze dziesięć, więc piszemy, że dziesiątka symbolizuje to, tamto i jeszcze owamto. Dom? Nie ma sprawy! Nóż? On także symbolicznie oznacza! Rzeka? Nic łatwiejszego! Granica? Proszę bardzo! Przestrzenie są generalnie dwie - otwarta i zamknięta. Najlepiej gdy obie naraz. Koncepcje czasu? Nie ma sprawy: czas cykliczny, wieczna przemienność czasu, koło Fortuny (więc Tyche), Przeznaczenie (więc Mojra). A ponieważ polska literatura ostatnich dziesięciu lat „emanuje mnóstwem symbolicznych i mitologicznych odniesień”, znad klawiatury komputera czy maszyny do pisania dobiega szelest gorączkowo kartkowanych słowników symboli, mitów, tradycji kultury czy religioznawczych kompediów.
Ofiarą tego rodzaju rozprawiania o literaturze stajemy się wszyscy: pisarze, którzy naprawdę zaczynają wierzyć, że żonglerka słownikiem symboli czy wypisy z traktatu religioznawczego uchronią nas przed rozpadem wszystkich wartości; krytycy, którym słownik wyjaśnia sens dzieła; publiczność, która dowiaduje się, że pisarze mogą ukoić jej metafizyczne lęki i tęsknoty. Ofiarą takiego dyskursu krytycznego stają się wreszcie adepci literaturoznawstwa, bezkrytycznie podejmujący bardzo łatwą do opanowania metodę, a w dodatku są przekonywani o wybitności nowej literatury. Boć przecie nie może ona wybitną nie być, skoro w jednej książce znajdujemy (naraz!) odwołania do teologii żydowskiej i chrześcijańskiej, mitów chaldejskich, egipskich, pitagorejskich i historii św. Graala, do gnozy i manicheizmu z symboliką obrzędów inicjacyjnych na dokładkę.
Przywoływanie w utworze literackim takiej czy innej mitologicznej struktury, igranie choćby setką motywów o symbolicznej konotacji samo w sobie o niczym nie rozstrzyga. Nie gwarantuje literaturze intelektualnej czy artystycznej wartości. Ostatecznie w folklorze, wśród baśni i bajek, nawet w literaturze fantasy spotykamy nie tylko same arcydzieła gatunku. Dlaczego więc inaczej miałoby być w nowej literaturze polskiej? Skąd wzięło się to upiorne przekonanie, że pięć motywów symbolicznych to lepiej niż cztery?
Podejrzewam, że przede wszystkim z łatwości opisywania takich chwytów i rozszyfrowywania ich sensów. Choć, przyznam, często ta praktyka niczego nie wyjaśnia. Raczej zaciemnia, ze szczętem pogrążając czytelnika w gęstwinie słowników, kompendiów i podręczników, jakimi szermuje co ambitniejszy krytyk bądź adept literaturoznawstwa.
Tymczasem głośni debiutanci na ogół upraszczają konwencje prozy mitograficznej. Korzystają (mniej lub bardziej wprawnie) z gotowych szablonów, oswojonych przez czytelnika, potęgując przy tym dawkę tak pożądanych „mitycznych i religijnych odniesień”. Pomieszanie Matki Boskiej z Wielką Matką nikogo dziś nie zdziwi ani nie zgorszy. To przecież taka literacka odmiana ekumenizmu.
Trywializując prozę mitograficzną, dzisiejsi autorzy - znowu nie tak chyłkiem - odwołują się do konwencji literatury dla dzieci. Powieść inicjacyjna ma przecież swój wariant „młodzieżowy”. Czerpać można również z rozmaitych stylizacji baśniowych. To znakomita szkoła redukcji złożoności świata.
Zdumiewające, że związek, powiedzmy, prozy Olgi Tokarczuk z literaturą dla dzieci uchodzi uwadze krytyków. Zdumiewające tym bardziej, że sama autorka przyznaje się do fascynacji i zależności w tym względzie. Rok temu czytałem pracę, której autorka, natrafiwszy na entuzjastyczny artykuł wałbrzyskiej pisarki o twórczości Tove Jansson, pokusiła się o zestawienie fragmentów Prawieku z fragmentami cyklu o Muminkach. I okazało się, że wiele stronic prozy Tokarczuk to wręcz parafrazy scen i opisów zaczerpniętych z Jansson. Inna rzecz, że autorka pracy interpretacyjnie nie spożytkowała owego związku. Wolała pisać o new age'u, głębokim eko-feminizmie, analogiach z iberoamerykańskim realizmem magicznym. Że jednak związki z literaturą dla dzieci są tu równie istotne, rzecz to bezsporna. I z tym fantem również należałoby coś zrobić.
Powiem wprost: jeśli dla Olgi Tokarczuk świat jest tak prosty jak dolina Muminków, to zapewnienia, że mamy oto do czynienia z najwybitniejszą prozą kobiecą od czasów Elizy Orzeszkowej nie wyglądają wiarygodnie. Zdaje się, że my, krytycy, znaleźliśmy się w sytuacji bohaterów Rewizora. I wyjaśniam, że nie chodzi mi o bohatera tytułowego.
Krzysztof Uniłowski
Jan Pieszczachowicz nadaje i wspomina. Jan Pieszczachowicz, bardzo dawny redaktor naczelny „Studenta”, obecny współpracownik „Literatury”, przeczytał pismo „Śląsk”. A w nim ni mniej, ni więcej tylko rozmowę między Kisielem, Majerskim, Nowackim, Uniłowskim i Kęderem. I tak baje: „Krytyk powinien zanurzyć się z głową w interpretowanym tekście, tak iżby nie kusiło go odnoszenie się do rzeczywistości zewnętrznej, także literackiej w szerszym wymiarze. Podążając tą drogą możemy osiągnąć najwyższe wtajemniczenie: czysty dekonstrukcjonizm, którego fani zagnieździli się m.in. na pracowitym, kochanym przez dawnych i nowych polityków Śląsku. Wychodzące od 1988 dekonstrukcjonistyczne czasopismo 'FA-art' wygląda wcale wdzięcznie, niby unosząca się nad ziemią miniaturowa wieża Babel, pośród kominów i szybów kopalnianych”. I dalej: „Jakże znamienny i gorzki jest ów brak wiary [nas, autorów z „FA-artu”] w szanse twórczości literackiej, połączony z kompleksem mass mediów i mechanizmów rynkowych, owo poczucie niezależności duchowo-intelektualnej, opłacone poczuciem osamotnienia.” (J. Pieszczachowicz: Krytyk w rezerwacie. „Literatura” 1998, nr 3.)
Tenże w następnym numerze „Literaturnoj gazety” opowiada nostalgicznie o przeszłych czasów czarach: „Po wstępnym referacie Wydziału Prasy KC, nie przebierającym w pryncypialnych ocenach, szefowie pism młodzieżowych zabierali kolejno głos i kajali się przed groźnym obliczem towarzysza sekretarza. (…) Po zakończeniu spotkania wychodziłem pełen czarnych myśli, gdy wtem ktoś wziął mnie pod rękę. Zdębiałem: to był Łukaszewicz. - No, oni z tym 'Studentem' przesadzili, czemu im nie odpowiedzieliście? - zapytał konfidencjonalnie, a ja rozejrzałem się odruchowo w poszukiwaniu onych, i wybuchnąłem śmiechem, bo uświadomiłem sobie, że główny on stoi obok mnie…” (Takoż z dzienników i memuarów Pieszczachowicza: Sprawdzenia i wspomnienia. „Literatura” 1998, nr 4.)
Memento vitae, oberredaktorze Kęder, główny on zawsze stoi obok.
Kropla Jastruna. Tomasz Jastrun podjął się bohaterskiej misji. Otóż od jakiegoś czasu próbuje zachęcić czytelniczki ilustrowanego magazynu „Twój Styl” do czytania tzw. literatury ambitnej. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie. A i zestaw sprawdzonych, standardowych chwytów (zachęt) takich, jak ploteczka, snobizm czy sensacyjka, wydaje się mocno wytarty, ergo umiarkowanie skuteczny. Istnieje wszelako pewien wabik niewybredny, niezbyt wykwintny, lecz za to dobry na wszystko. Owa zachęta nazywa się dupa. Tak oto w kwietniowym numerze „sprzedawane” są książki Czesława Miłosza (Abecadło, Życie na wyspach i Piesek). Rzecz nazywa się Ciemna słodycz kobiecego ciała, a nadrzędna teza brzmi: „Miłosz jest w swoich książkach coraz młodszy i coraz śmielej pisze o kobietach”. Z rozpoznaniami Jastruna nie mamy odwagi polemizować, zwłaszcza że - jak poucza znajomość z kilkoma starszymi dżentelmenami - zjawisko, przenikliwie opisane przez krytyka, ma wszelkie znamiona normy (prawidłowości): rzeczywiście, około osiemdziesiątego roku życia budzi się niejaka „śmiałość” względem kobiet, osobliwie kobiet z klas przedmaturalnych (syndrom sweet sixteen). Co innego przykuło naszą uwagę. Mianowicie w Ciemnej słodyczy kobiecego ciała znalazł się następujący passus: „W minionym roku Miłosz opublikował aż trzy książki, a ostatnia Piesek przydrożny jest tak niezwykła, że nie potrafię o niej milczeć. Bo już dawno przy lekturze nie zdarzyło mi się tak często słyszeć, jak spada ciepła kropla akceptacji z pluskiem 'tak'. A to pełne akceptacji 'tak' jest właśnie miarą przeżywania dzieła” („Twój Styl” 1998, nr 4, s. 155). Cóż to za „ciepła kropla”? Jakiż to płyn kapnął Jastrunowi? Nomem omen - toniemy w domysłach, aczkolwiek wolelibyśmy nie tonąć w płynie uwolnionym z organizmu poety Jastruna.
Jak Jarosław z Jarosławem. Jarosław Klejnocki pisze o książce Tomkowskiego Dwadzieścia lat z literaturą (zob. „Gazeta-Książki” 1998, nr 4). Pisze i ciepło, i chłodno. W każdym razie nacisk Tomkowskiego na doniosłość „FA-artu” uważa za przesadzony. Także wyróżnienie próz Gibasa i Kędera uważa za nieporozumienie. No dobrze, nie podobało mu się, ale żeby złośliwie tym niepodobaniem przymusić Gibasa Jarosława do porwania za słuchawkę i gorączkowogo konsultowania nazwiska mało znanego recenzenta z oberredaktorem Kęderem! Waż słowa, panie Jarosławie, bo nieobliczalne ich skutki!
Schabowy z akwarelą raz! Skandaliczny związek malarstwa z gastronomią demaskuje Marek Czarnołęski na łamach częstochowskiego dwumiesięcznika kulturalnego „Aleje 3”: „Galerii w mieście też nie za wiele, a jeżeli już są to restauracyjne lub kawiarniane. Właściwie nikt o wysokiej kulturze plastycznej czy znajomości sztuki, w lokalach tych, merytorycznie pracami się nie opiekuje. Panują tam li tylko przemyślenia handlarskie. Lokale zostają bezpłatnie udekorowane pracami, które czekają na najedzonych bogaczy” („Aleje 3” 1998, nr 14, s. 19; zachowano składnię i interpunkcję oryginału).
Powyższa diagnoza nie pozostawia żadnych złudzeń: dzisiejszy odbiorca sztuki - jak drzewiej bywało - to obrzydliwy burżuj; nie dość, że „bogacz”, to jeszcze „najedzony”, pełen „przemyśleń handlarskich” (obrazy to inwestycja, wiadomo!). Oczywiście ktoś „o wysokiej kulturze plastycznej czy znajomości sztuki” brzydzi się związkiem kotleta z akwarelą, choć to chyba przesada, albowiem nawet obiegowa wiedza o „bogaczach” poucza, że „bogacze” albo odżywiają się zdrowo, czyli nie korzystają z usług lokali gastronomicznych, albo odżywiają się bardzo niezdrowo, faszerując się kawiorem popijanym francuskim szampanem (300 dolarów za flaszkę). Tak jeden, jak i drugi zwyczaj kategorycznie wyklucza jakiekolwiek kontakty z częstochowskimi restauratorami (kto choć raz śniadał, obiadał lub wieczerzał w tym świętym mieście, zwłaszcza - jak mówią na Jasnej Górze - u progu drugiego tysiąclecia, wie, co mamy na myśli).
Agata straciła cnotę, lecz ocaliła literaturę. Na naszych oczach prawdziwa, pełnokrwista literatura karłowacieje, usycha, więdnie, a w najlepszym razie zżera własny ogon; zdycha, bo - jak wiadomo - w zastraszającym tempie rozszerza się postmodernistyczna zaraza. Słowem - jest źle! I nic nie zapowiada, że będzie lepiej. Prawdziwa literatura (tak potrzebna w tych trudnych, ponowoczesnych czasach) znalazła jednak tu i ówdzie schronienie. Ocalało parę nisz, wąskich szczelin, wypróbowanych kryjówek. Jedną z nich jest ulubiona rubryka redaktorów „FA-artu”, kącik nazwany Mój pierwszy raz. z dwutygodnika „Bravo”. Tu drobne wyjaśnienie: w rubryczce drukowane są krótkie utwory epickie małolatów, ot, literackie sprawozdania traktujące o tym, w jakich okolicznościach, gdzie, z kim i dlaczego doszło do utraty dziewictwa. Aliści każdy tekst z tej serii to klejnot. Dalibóg, istnieje jeszcze proza artystyczna nie dotknięta zwątpieniem! Dajmy jakiś dowód, zacytujmy dwa końcowe akapity opowiadania Agaty (17 lat):
„Zaczęliśmy się kochać. W jego ramionach czułam się nieprawdopodobnie szczęśliwa. Mój włoski przyjaciel był czuły, delikatny i wrażliwy na każdy mój ruch. Wyznania, szeptane po włosku, brzmiały w mych uszach jak muzyka. Ogarnęło mnie błogie ciepło…
Obudziły mnie promienie wschodzącego słońca. Otworzyłam oczy i rękami zaczęłam szukać 'złodzieja mojej cnoty'. Niestety, miejsce na piasku, obok mnie było puste…” („Bravo” 1998, nr 9, s. 15).
Przede wszystkim intryguje zaskakująca puenta. Czy Ricardo - bo tak ma na imię ów „złodziej cnoty” - to byt fantazmatyczny? Tym bardziej, że w opowiadaniu mowa jest o pustym „miejscu na piasku”, a więc nie idzie tu nawet o alegoryczny ślad (na piasku). A może Ricardo jest żartem, na co wskazuje tak aluzyjne imię „złodzieja cnoty”, jak i atrybut bohatera („wyznania szeptane po włosku” jako droga do orgazmu, co odsyła m.in. do Rybki zwanej Wandą)? W ogóle opowiadanie Agaty-lat-17 wydaje się niezwykle wyrafinowane i przewrotne. Dość powiedzieć, że podtrzymuje się tutaj szczególne napięcie między stereotypem i ekscesem fabularnym. Z jednej bowiem strony kochankowie „obżerają się spaghetti i pizzą” (niby rzymskie wakacje, a motyw jak z Włoch pod Warszawą), makaroniarz jest - a jakże - „superprzystojny” i „pięknie opalony”, z drugiej zaś strony Ricardo pojawia się wtedy, gdy narratorka-bohaterka skarży się na „zmęczenie gorącem” i wyczerpującymi „wędrówkami po Rzymie” (wytwór przegrzanej głowy?), no i same okoliczności kradzieży cnoty nie są bez znaczenia: nadzy na piasku (sic!)… gdybyż to kopulowały żółwie bądź kraby. Sytuacja lekturowa jak z dawnych, dobrych czasów… Czytelnik traci poznawczą pewność niczym cnotę na piasku, czyli wywiedziony w pole, gubi się w domysłach, oddaje się sensoproduktywnej pasji. Pyta samego siebie nie tyle o „pierwszy raz” Agaty, ile o magię pisarskiego słowa. Czy dał się nabrać (wpadł po uszy w pułapkę literackości), czy zachował czujność? Tak oto literatura raz jeszcze stała się wyzwaniem, problemem, zagadką, namiętnością… po prostu wszystkim.
Znaj proprcjum mocium panie. „Czas Kultury” coraz mniejszy! „Patrzę w lustro, na przyjaciół. Jacyś mniejsi. Pokorniejsi…” - śpiewała Kora w kawałku Szał niebieskich ciał. „Czas Kultury” zaniechał formatu A4 i proporcjonalnie zmniejszył się do B5. Graficznie bez zmian, wszytko po prostu się skurczyło. Poza tym nasz ulubiony „Czas” jakby skręcił w publicystkę. Czyżby redaktor Grupiński zaniechał zdobywania dotacji na działania para- i okołoliterackie, zaczął zaś zdobywać na problematykę społeczną? Hmm…
Trzej i ten czwarty. „Trzej Muszkieterowie krytyki” – bąknął Jarosław Klejnocki (Przez rzekę, w cieniu drzew. „Kresy” 1998, nr 1, s. 139). Bąknął na pozór skromnie, bo siebie samego wśród nich nie pomieścił. Atosem, Portosem i Aramisem polskiego zoilstwa współczesnego ogłosił: Przemysława Czaplińskiego (zazwyczaj AZS „Kresy” Lublin), Dariusza Nowackiego (1Postmodern Silesian FC „FA-art”) i Krzysztofa Uniłowskiego (jak wyżej). Klejnocki-skromniś? Bynajmniej, Jarosław Klejnocki (liczne kluby warszawskie, wychowanek Staropolskiego KS „Ogród”) pamięta, że z trzech muszkieterów najważniejszy był ten czwarty. Problem, o kim myśli Klejnocki, myśląc o d'Artagnanie, pozostawiamy rozwadze Czytelnika. Sami zaś przez skromność nie powiemy, kto tu zwyciężył w klasyfikacji drużynowej.
Aria Leona. Czy „rewolucja konserwatywna” (np. w prozie polskiej) to coś, co niegdyś nazywano (pełzającą) kontrrewolucją? Do jakichż łamańców językowaych przymusza nas polityczna poprawność! Przemysław Czapliński zaproponował nowego dziwoląga. Tym razem poznański polonista i krytyk lansuje „przełom nieprzełomowy” [sic!], radząc nam wszystkim, by czym prędzej zapomnieć o tradycyjnym wyobrażeniu przełomu, tj. takiego przełomu, który polega na przełomie (zob. wywiad z Czaplińskim w piśmie studenckim „Pro arte”, nr 9, s. 3-4). Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma?

Tajemniczy mężczyzna w Odrze. Wiadomość o przyznaniu Andrzejowi Sosnowskiemu nagrody miesięcznika „Odra” za rok 1997 cieszy, laudacji pióra Tomasza Majerana trzeba przyklasnąć, glosa Jacka Gutorowa też zgrabna. Wszystko cacy i na swoim miejscu. Mamy tylko jedno pytanie: kim jest facet ze zdjęcia umieszczonego w ramce komunikatu o nagrodzie („Odra” 1998, nr 4, s. 2)? Bo chyba nie Andrzejem Sosnowskim… Co prawda nie jesteśmy jakoś szczególnie przywiązani do idei kalos kagathos, mamy świadomość, że talent pisarski to i tak nadmiar bożej łaski, nie twierdzimy wcale, jakoby Andrzej S. dorównywał urodą Krzysztofowi Ibiszowi, lecz osobiste doznania wzrokowe redaktorów „FA-artu” nigdy nie były aż tak pesymistyczne - to, co widzieliśmy (na żywo), kłóci się z tym co widzimy (w „Odrze”). Nasze zdumienie jest doprawdy wielkie, zwłaszcza że podpis pod zdjęciem głosi: „Fot. Wilczyk”. Czy to ten Wilczyk (Wojciech), nadworny fotograf (głównie) młodych poetów? Nie do wiary! Czyżby to ten sam Wilczyk, który robiąc zdjęcia na okładkę Robaczywości Bartłomieja Majzla, dokonał cudu? Cudu polegającego na tym, że poeta Majzel stał się, przynajmniej na chwilę, jako byt zatrzymany w kadrze, przystojniejszy niż pierwowzór, czyli Marlon Brando z dobrych lat pięćdziesiątych? Konsternacja konsternacją, ale nadal nie wiemy, kim jest ów tajemniczy mężczyzna ze zdjęcia… Co się stało? Przede wszystkim: co się stało w redakcji „Odry”: może to jednak Sosnowski, którego redaktorzy postanowili wypromować na poetę tragizmu egzystencji czy też - przejęci datą posiedzenia, na którym nagrodę przyznawano (13.12.97) - na poetę stanu wojennego? W każdym razie: stanowczo protestujemy!
Radosław Kobierski: Niedogony. Biblioteka „Studium”. Kraków 1997.
Wiersze. W Małym słowniku języka polskiego PWN między hasłem niedogodny (nieodpowiedni pod jakimś względem; niewygodny; uciążliwy) a hasłem niedojda (ktoś niemrawy, niezdarny, niezaradny; niedołęga; safanduła) jest hasło niedogon i oznacza „1. źdźbło słabo rozwinięte, nie dorastające do normalnej wysokości, z kłosem zawierającym ziarna drobne, poślednie” oraz „2. produkt uboczny fermentacji alkoholowej, toksyczny, o przykrym zapachu; fruzel”. Bardzo oryginalny tytuł.
Krzysztof Łęcki: Św. Gombrowicz. Zinstytucjonalizowane formy komunikowania o literaturze. Socjologiczna analiza zjawiska. Wydawnictwo „Śląsk”. Katowice 1997.
Sprawa Gombrowicza widziana oczyma socjologa, który przez pół książki tłumaczy, pod jakimi warunkami on, socjolog, o Gombrowiczu może. Z drugiej połowy książki zaś wynika, że był ongi Gombro dziwadłem, później obiektem intelektualnego snobizmu i polonistycznego kultu, dziś przypadła mu rola klasyka, który ni ziębi, ni grzeje. I tylko licealistów doprowadza do biorącego się z nudy letargu, wymiotów lub rozpaczy poznawczej. Gombrowiczolodzy i gombrofile, odwagi! I weźta się do roboty, bo przedmiot rozważań - co Łęcki pokazuje wam palicem - umiera wam pod piórem.
Piotr Łuszczykiewicz: Po balu. Eseje o literaturze polskiej. Wydawnictwo „Latona”. Warszawa 1997.
Książka ma duże, „rozpychające” jej objętość marginesy, więc można by - zapominając, iż to nie ilość się liczy, a jakość - zdrowo się wyzłośliwić: pisanie po balu nie wpływa dobrze na potencję twórczą. Prawdę mówiąc, lektura tej pozycji nie przynosi ani rozczarowań, ani odkryć. Z tym, że autor to, a nie co innego, uważa za literaturę polską, trudno polemizować - ilu autorów, tyle literatur. Poza tym, jaki bal, taki kac.
Małgorzata Anna Szulc Packalén: Pokolenie 68. Studium o poezji polskiej lat siedemdziesiątych. Wydawnictwo IBL. Warszawa 1997.
Legendarna praca o poetach Nowej Fali - ogłoszona po raz pierwszy w 1987 r. w Uppsali, teraz opublikowana w kraju - budzi najwyższe zdumienie. Toż to szeregowa rozprawka polonistyczna, w większości zbiór interpretacyjnych banałów! Rzecz, która - napisana i wydana w Polsce - przeszłaby bez echa. My, redaktorzy „FA-artu”, skupieni w powołanym ad hoc Towarzystwie im. Wincentego Kadłubka, żądamy wprowadzenia zakazu krajowych reedycji rozpraw polonistycznych ogłoszonych zagranicą. Bo po co legendy konfrontować z rzeczywistością? Z takiego zderzenia żadna legenda nie wyjdzie bez szwanku.
Adam Wiedemann: Wszędobylstwo porządku. Biblioteka „Studium”. Kraków 1997.
Unizm über alles. Wyjaśniamy, że nazwa kierunku nie pochodzi od nazwiska Uniłowskiego. Gratulujemy książki, nie wszystko rozumiemy, więc nie pozostaje nam nic innego, jak zaufać opiniom Kingi Dunin i plotkom kolportowanym na mieście, że to niezłe.
Henryk Bereza: Epistoły. Wydawnictwo „Basil”. Szczecin 1998.
Manuela Gretkowska: Światowidz. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 1998.
Jarosław Gruzla: Kolej transsyberyjska. Biblioteka Arytmii. Świdnica 1998.
Witold Izdebski: Harley Davidson. Stowarzyszenie Teatr „Cogitatur”. Katowice 1998.
Ryszard Kołodziej: Umarli z Burlington. [b.w.] Kielce 1998.
Michał Komar: O obrotach losów i ciał. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 1998.
Marek Ławrynowicz: Diabeł na dzwonnicy. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 1998.
Ponowoczesność a tożsamość. Pod red. Bożeny Tokarz i Stanisława Piskora. Oddział
Katowicki SPP. Katowice 1997.
Agnieszka Skierczyńska: Gabinet nocnych sukien. [b.w.] Bydgoszcz 1998.
Cezary Wiśniewski: Nie śpię nocami. Oficyna Wydawnicza „And”. Zielona Góra 1997.
Jarosław Wojciechowski: Tak płakać. [b.w.] Włocławek 1998.
„Akcent. Literatura i sztuka”. Lublin 1998, nr 1-2.
„Aktualności Telewizyjne”. Warszawa 1998, nr 5.
„Arkusz”. Miesięcznik kulturalny. Poznań 1998, nr 5.
„bruLion”. Warszawa, nr 28 (1998).
„Czas Kultury”. Poznań 1998, nr 1.
„Dekada Literacka”. Kraków, 1998, nr 4.
„Didaskalia”. Kraków, nr 24 (1998).
„Exit”. Warszawa 1998, nr 2.
„Gazeta Malarzy i Poetów”. Poznań 1998, nr 2.
„Gliwicki Magazyn Kulturalny”. Gliwice 1998, nr 5.
„Kresy”. Lublin 1998, nr 1.
„Literatura”. Warszawa 1998, nr 5.
„Magazyn Literacki”. Warszawa 1998, nr 1.
„Odra”. Wrocław 1998, nr 5.
„Na Przykład”. Miesięcznik kulturalny. Lublin 1998, nr 4.
„Portret”. Pismo kulturalno-literackie. Olsztyn 1998, nr 6.
„Pro Arte”. Pismo kulturalno-literackie. Poznań, nr 9 (1998).
„Res Publica Nowa”. Warszawa 1998, nr 5.
„Twórczość”. Warszawa 1998, nr 5.
XXII Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Haliny Poświatowskiej
Konkurs odbywa się w dwóch kategoriach: – dla autorów po debiucie książkowym lub prasowym (o zasięgu ogólnopolskim) – dla autorów, których wiersze nie były dotychczas publikowane Należy przesłać do 5 utworów nie publikowanych wcześniej w wydawnictwach zwartych i prasie ogólnopolskiej oraz nie nagradzanych w innych konkursach. Maszynopisy w czterech egzemplarzach formatu A-4 opatrzonych godłem, wraz z kopertą zawierającą dane autora, należy przesłać do 30 czerwca 1998 r. na adres: Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Stanisława Grochowiaka, 64-100 Leszno, ul. Bolesława Chrobrego 3 dopisując na kopercie: „konkurs poetycki” oraz kategorię „debiut” lub „po debiucie”.
Konkurs Poetycki im. Władysława Broniewskiego „O liść dębu”
W konkursie mogą wziąć udział autorzy nie zrzeszeni w profesjonalnych związkach twórczych. Zestaw 5 wierszy, dotąd nie publikowanych i nie nagradzanych w konkursach, w czterech egzemplarzach opatrzonych godłem, wraz z kopertą zawierającą dane autora, należy przesłać do 31 lipca 1998 r. na adres: Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Wł. Broniewskiego w Płocku, 00-400 Płock, ul. Kościuszki 6 dopisując na kopercie: konkurs „O liść dębu”
VI Konkurs Otwarty Prezydenta Sopotu dla Młodych Twórców
Prezydent Sopotu oraz redakcja dwumiesięcznika „Topos” ogłaszają konkurs na esej krytyczny (dopuszczalne formy: szkic, recenzja, rozprawa) pod hasłem „Poezja – oddech bogów czy rytm ulicy?” adresowany do autorów poniżej 30 roku życia. Należy nadsyłać prace dotąd nie publikowane, w czterech egzemplarzach (ilość prac dowolna), opatrzone godłem, do dnia 15 sierpnia 1998 r., pod adresem: Wydział Kultury Urzędu Miasta Sopotu, ul. Kościuszki 25/27, 81-704 Sopot z dopiskiem na kopercie „konkurs”.
III Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Stanisława Grochowiaka
W konkursie mogą wziąć udział profesjonaliści i amatorzy. Należy przesłać jeden utwór poetycki lub jeden utwór prozą (nowela, opowiadanie, esej), lub jeden utwór dramatyczny nie publikowany wcześniej oraz nie nagradzany w innych konkursach. Maszynopisy w czterech egzemplarzach opatrzonych godłem, wraz z kopertą zawierającą dane autora, należy przesłać do 7 września 1998 r. na adres: Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Stanisława Grochowiaka, 64-100 Leszno, ul. Bolesława Chrobrego 3 dopisując na kopercie: „Konkurs Literacki”
Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Leopolda Staffa
W konkursie mogą wziąć udział profesjonaliści i amatorzy. Warunkiem jest przesłanie w 5 egzemplarzach: – zestawu 5 wierszy lub poematu, bądź – prozy o objętości do 10 stron (opowiadanie, nowela esej, fragment dziennika lub pamietnika), albo – wypowiedzi krytycznoliterackiej. Tematyka prac dowolna. Utwory, opatrzone godłem, wraz z kopertą zawierającą dane autora (także wiek w przypadku młodocianych), należy przesłać do 30 września 1998 r. na adres: Miejskie Centrum Kultury, 26-110 Skarżysko-Kamienna, ul. Słowackiego 25 dopisując na kopercie: „Konkurs literacki” Przewiduje się nagrody i wyróżnienia w każdej kategorii oraz nagrody specjalne za: utwór o tematyce związanej z miastem Skarżysko-Kamienna, najlepszy utwór młodego poety (autorzy do 18 lat), utwór o tematyce sakralnej.
„bruLion” - http://ikp.ikp.pl/~brulion/brulion.html
„ExLibris” - http://www.exlibris.pol.pl
„Galeria Korpus Kulturalny Almanach Sztuki” - http://www.kk.art.pl
„Magazyn Literacki” - http://www.wyzwania.org.pl/magazyn
„Odra” - http://www.odra.art.pl
„Portret” - http://free.art.pl/portret
„Pogranicza” - http://free.ngo.pl/pogranic
„Magazyn Sztuki” - http://free.ngo.pl/magsztuk
„Więź” - http://free.ngo.pl/wiez
„Kwartalnik Artystyczny” - http://www.wok.bydgoszcz.pl/kwartalnik.htm
Katalog Fundacji Batorego „Czasopisma kulturalne w Polsce”<-
http://www.batory.org.pl/katalog





