Stasiuk i Eliade, Tokarczuk i Muminki

Było to w budynku szacownego Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ (więc przy kawie i papierosach). Albo przy kawiarnianym stoliku (więc przy piwie i papierosach). Mój akademicki kolega, wybitny parnickolog (na UŚ wszyscy parnickolodzy, do diaska, wybitni) opowiadał o pewnej pracy magisterskiej, której autorka pisała o Andrzeju Stasiuku. Pisała więcej o osobie autora niż o jego twórczości. Były więc kolorowe fotografie i zapis wrażeń z pobytu w domu pisarza… Był także opis pokoju i biurka twórcy, na którym leżał właśnie rękopis nowego, nie ukończonego jeszcze utworu, a obok jedna z prac Mircei Eliadego. Kolega urwał swą opowieść i spojrzał na mnie, najwyraźniej czekając na jakąś reakcję. Nie wiedząc, ku czemu zmierza, czym prędzej na twarz ubrałem coś, co mogło wyglądać na grymas uśmiechu.
- To wasza wina - powiedział po chwili kolega. - To wy, krytycy, wmówiliście mu tego Eliadego!
Pewnie, mogłem odpowiedzieć, że to nie moja sprawa, że ja o Stasiuku rzadko (i raczej krytycznie). Mogłem powiedzieć swojemu koledze, że przesadza. Że dorobek Stasiuka nierówny. Że, owszem, są tu książki pisane pod publiczkę, ale też takie, które wypada traktować poważnie. Przypomniałem sobie jednak, że sam też kogoś tam pochopnie pochwaliłem, że sam nie zawsze zdołałem się obronić przed pokusą pseudoerudycyjnego popisu…
Nie, mój kolega nie wymyślił sobie problemu, a ja nie taki znów niewinny, jakbym tego sobie życzył. Już przed laty, gdy tryumfalnym biciem w dzwony witano Weisera Dawidka, można było dostrzec podejrzaną łatwość rodzącej się metody krytycznej. Chodzi o igranie kontekstami antropologicznymi i kulturoznawczymi, o przekładanie metafory na metaforę, nadymanie balonu symboliczności, o radosną i beztroską pseudoegzegezę bez żadnej troski o systemową spójność. Czegoś w utworze dziesięć, więc piszemy, że dziesiątka symbolizuje to, tamto i jeszcze owamto. Dom? Nie ma sprawy! Nóż? On także symbolicznie oznacza! Rzeka? Nic łatwiejszego! Granica? Proszę bardzo! Przestrzenie są generalnie dwie - otwarta i zamknięta. Najlepiej gdy obie naraz. Koncepcje czasu? Nie ma sprawy: czas cykliczny, wieczna przemienność czasu, koło Fortuny (więc Tyche), Przeznaczenie (więc Mojra). A ponieważ polska literatura ostatnich dziesięciu lat „emanuje mnóstwem symbolicznych i mitologicznych odniesień”, znad klawiatury komputera czy maszyny do pisania dobiega szelest gorączkowo kartkowanych słowników symboli, mitów, tradycji kultury czy religioznawczych kompediów.
Ofiarą tego rodzaju rozprawiania o literaturze stajemy się wszyscy: pisarze, którzy naprawdę zaczynają wierzyć, że żonglerka słownikiem symboli czy wypisy z traktatu religioznawczego uchronią nas przed rozpadem wszystkich wartości; krytycy, którym słownik wyjaśnia sens dzieła; publiczność, która dowiaduje się, że pisarze mogą ukoić jej metafizyczne lęki i tęsknoty. Ofiarą takiego dyskursu krytycznego stają się wreszcie adepci literaturoznawstwa, bezkrytycznie podejmujący bardzo łatwą do opanowania metodę, a w dodatku są przekonywani o wybitności nowej literatury. Boć przecie nie może ona wybitną nie być, skoro w jednej książce znajdujemy (naraz!) odwołania do teologii żydowskiej i chrześcijańskiej, mitów chaldejskich, egipskich, pitagorejskich i historii św. Graala, do gnozy i manicheizmu z symboliką obrzędów inicjacyjnych na dokładkę.
Przywoływanie w utworze literackim takiej czy innej mitologicznej struktury, igranie choćby setką motywów o symbolicznej konotacji samo w sobie o niczym nie rozstrzyga. Nie gwarantuje literaturze intelektualnej czy artystycznej wartości. Ostatecznie w folklorze, wśród baśni i bajek, nawet w literaturze fantasy spotykamy nie tylko same arcydzieła gatunku. Dlaczego więc inaczej miałoby być w nowej literaturze polskiej? Skąd wzięło się to upiorne przekonanie, że pięć motywów symbolicznych to lepiej niż cztery?
Podejrzewam, że przede wszystkim z łatwości opisywania takich chwytów i rozszyfrowywania ich sensów. Choć, przyznam, często ta praktyka niczego nie wyjaśnia. Raczej zaciemnia, ze szczętem pogrążając czytelnika w gęstwinie słowników, kompendiów i podręczników, jakimi szermuje co ambitniejszy krytyk bądź adept literaturoznawstwa.
Tymczasem głośni debiutanci na ogół upraszczają konwencje prozy mitograficznej. Korzystają (mniej lub bardziej wprawnie) z gotowych szablonów, oswojonych przez czytelnika, potęgując przy tym dawkę tak pożądanych „mitycznych i religijnych odniesień”. Pomieszanie Matki Boskiej z Wielką Matką nikogo dziś nie zdziwi ani nie zgorszy. To przecież taka literacka odmiana ekumenizmu.
Trywializując prozę mitograficzną, dzisiejsi autorzy - znowu nie tak chyłkiem - odwołują się do konwencji literatury dla dzieci. Powieść inicjacyjna ma przecież swój wariant „młodzieżowy”. Czerpać można również z rozmaitych stylizacji baśniowych. To znakomita szkoła redukcji złożoności świata.
Zdumiewające, że związek, powiedzmy, prozy Olgi Tokarczuk z literaturą dla dzieci uchodzi uwadze krytyków. Zdumiewające tym bardziej, że sama autorka przyznaje się do fascynacji i zależności w tym względzie. Rok temu czytałem pracę, której autorka, natrafiwszy na entuzjastyczny artykuł wałbrzyskiej pisarki o twórczości Tove Jansson, pokusiła się o zestawienie fragmentów Prawieku z fragmentami cyklu o Muminkach. I okazało się, że wiele stronic prozy Tokarczuk to wręcz parafrazy scen i opisów zaczerpniętych z Jansson. Inna rzecz, że autorka pracy interpretacyjnie nie spożytkowała owego związku. Wolała pisać o new age'u, głębokim eko-feminizmie, analogiach z iberoamerykańskim realizmem magicznym. Że jednak związki z literaturą dla dzieci są tu równie istotne, rzecz to bezsporna. I z tym fantem również należałoby coś zrobić.
Powiem wprost: jeśli dla Olgi Tokarczuk świat jest tak prosty jak dolina Muminków, to zapewnienia, że mamy oto do czynienia z najwybitniejszą prozą kobiecą od czasów Elizy Orzeszkowej nie wyglądają wiarygodnie. Zdaje się, że my, krytycy, znaleźliśmy się w sytuacji bohaterów Rewizora. I wyjaśniam, że nie chodzi mi o bohatera tytułowego.

Krzysztof Uniłowski