Jan Pieszczachowicz nadaje i wspomina. Jan Pieszczachowicz, bardzo dawny redaktor naczelny „Studenta”, obecny współpracownik „Literatury”, przeczytał pismo „Śląsk”. A w nim ni mniej, ni więcej tylko rozmowę między Kisielem, Majerskim, Nowackim, Uniłowskim i Kęderem. I tak baje: „Krytyk powinien zanurzyć się z głową w interpretowanym tekście, tak iżby nie kusiło go odnoszenie się do rzeczywistości zewnętrznej, także literackiej w szerszym wymiarze. Podążając tą drogą możemy osiągnąć najwyższe wtajemniczenie: czysty dekonstrukcjonizm, którego fani zagnieździli się m.in. na pracowitym, kochanym przez dawnych i nowych polityków Śląsku. Wychodzące od 1988 dekonstrukcjonistyczne czasopismo 'FA-art' wygląda wcale wdzięcznie, niby unosząca się nad ziemią miniaturowa wieża Babel, pośród kominów i szybów kopalnianych”. I dalej: „Jakże znamienny i gorzki jest ów brak wiary [nas, autorów z „FA-artu”] w szanse twórczości literackiej, połączony z kompleksem mass mediów i mechanizmów rynkowych, owo poczucie niezależności duchowo-intelektualnej, opłacone poczuciem osamotnienia.” (J. Pieszczachowicz: Krytyk w rezerwacie. „Literatura” 1998, nr 3.)
Tenże w następnym numerze „Literaturnoj gazety” opowiada nostalgicznie o przeszłych czasów czarach: „Po wstępnym referacie Wydziału Prasy KC, nie przebierającym w pryncypialnych ocenach, szefowie pism młodzieżowych zabierali kolejno głos i kajali się przed groźnym obliczem towarzysza sekretarza. (…) Po zakończeniu spotkania wychodziłem pełen czarnych myśli, gdy wtem ktoś wziął mnie pod rękę. Zdębiałem: to był Łukaszewicz. - No, oni z tym 'Studentem' przesadzili, czemu im nie odpowiedzieliście? - zapytał konfidencjonalnie, a ja rozejrzałem się odruchowo w poszukiwaniu onych, i wybuchnąłem śmiechem, bo uświadomiłem sobie, że główny on stoi obok mnie…” (Takoż z dzienników i memuarów Pieszczachowicza: Sprawdzenia i wspomnienia. „Literatura” 1998, nr 4.)
Memento vitae, oberredaktorze Kęder, główny on zawsze stoi obok.
Kropla Jastruna. Tomasz Jastrun podjął się bohaterskiej misji. Otóż od jakiegoś czasu próbuje zachęcić czytelniczki ilustrowanego magazynu „Twój Styl” do czytania tzw. literatury ambitnej. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie. A i zestaw sprawdzonych, standardowych chwytów (zachęt) takich, jak ploteczka, snobizm czy sensacyjka, wydaje się mocno wytarty, ergo umiarkowanie skuteczny. Istnieje wszelako pewien wabik niewybredny, niezbyt wykwintny, lecz za to dobry na wszystko. Owa zachęta nazywa się dupa. Tak oto w kwietniowym numerze „sprzedawane” są książki Czesława Miłosza (Abecadło, Życie na wyspach i Piesek). Rzecz nazywa się Ciemna słodycz kobiecego ciała, a nadrzędna teza brzmi: „Miłosz jest w swoich książkach coraz młodszy i coraz śmielej pisze o kobietach”. Z rozpoznaniami Jastruna nie mamy odwagi polemizować, zwłaszcza że - jak poucza znajomość z kilkoma starszymi dżentelmenami - zjawisko, przenikliwie opisane przez krytyka, ma wszelkie znamiona normy (prawidłowości): rzeczywiście, około osiemdziesiątego roku życia budzi się niejaka „śmiałość” względem kobiet, osobliwie kobiet z klas przedmaturalnych (syndrom sweet sixteen). Co innego przykuło naszą uwagę. Mianowicie w Ciemnej słodyczy kobiecego ciała znalazł się następujący passus: „W minionym roku Miłosz opublikował aż trzy książki, a ostatnia Piesek przydrożny jest tak niezwykła, że nie potrafię o niej milczeć. Bo już dawno przy lekturze nie zdarzyło mi się tak często słyszeć, jak spada ciepła kropla akceptacji z pluskiem 'tak'. A to pełne akceptacji 'tak' jest właśnie miarą przeżywania dzieła” („Twój Styl” 1998, nr 4, s. 155). Cóż to za „ciepła kropla”? Jakiż to płyn kapnął Jastrunowi? Nomem omen - toniemy w domysłach, aczkolwiek wolelibyśmy nie tonąć w płynie uwolnionym z organizmu poety Jastruna.
Jak Jarosław z Jarosławem. Jarosław Klejnocki pisze o książce Tomkowskiego Dwadzieścia lat z literaturą (zob. „Gazeta-Książki” 1998, nr 4). Pisze i ciepło, i chłodno. W każdym razie nacisk Tomkowskiego na doniosłość „FA-artu” uważa za przesadzony. Także wyróżnienie próz Gibasa i Kędera uważa za nieporozumienie. No dobrze, nie podobało mu się, ale żeby złośliwie tym niepodobaniem przymusić Gibasa Jarosława do porwania za słuchawkę i gorączkowogo konsultowania nazwiska mało znanego recenzenta z oberredaktorem Kęderem! Waż słowa, panie Jarosławie, bo nieobliczalne ich skutki!
Schabowy z akwarelą raz! Skandaliczny związek malarstwa z gastronomią demaskuje Marek Czarnołęski na łamach częstochowskiego dwumiesięcznika kulturalnego „Aleje 3”: „Galerii w mieście też nie za wiele, a jeżeli już są to restauracyjne lub kawiarniane. Właściwie nikt o wysokiej kulturze plastycznej czy znajomości sztuki, w lokalach tych, merytorycznie pracami się nie opiekuje. Panują tam li tylko przemyślenia handlarskie. Lokale zostają bezpłatnie udekorowane pracami, które czekają na najedzonych bogaczy” („Aleje 3” 1998, nr 14, s. 19; zachowano składnię i interpunkcję oryginału).
Powyższa diagnoza nie pozostawia żadnych złudzeń: dzisiejszy odbiorca sztuki - jak drzewiej bywało - to obrzydliwy burżuj; nie dość, że „bogacz”, to jeszcze „najedzony”, pełen „przemyśleń handlarskich” (obrazy to inwestycja, wiadomo!). Oczywiście ktoś „o wysokiej kulturze plastycznej czy znajomości sztuki” brzydzi się związkiem kotleta z akwarelą, choć to chyba przesada, albowiem nawet obiegowa wiedza o „bogaczach” poucza, że „bogacze” albo odżywiają się zdrowo, czyli nie korzystają z usług lokali gastronomicznych, albo odżywiają się bardzo niezdrowo, faszerując się kawiorem popijanym francuskim szampanem (300 dolarów za flaszkę). Tak jeden, jak i drugi zwyczaj kategorycznie wyklucza jakiekolwiek kontakty z częstochowskimi restauratorami (kto choć raz śniadał, obiadał lub wieczerzał w tym świętym mieście, zwłaszcza - jak mówią na Jasnej Górze - u progu drugiego tysiąclecia, wie, co mamy na myśli).
Agata straciła cnotę, lecz ocaliła literaturę. Na naszych oczach prawdziwa, pełnokrwista literatura karłowacieje, usycha, więdnie, a w najlepszym razie zżera własny ogon; zdycha, bo - jak wiadomo - w zastraszającym tempie rozszerza się postmodernistyczna zaraza. Słowem - jest źle! I nic nie zapowiada, że będzie lepiej. Prawdziwa literatura (tak potrzebna w tych trudnych, ponowoczesnych czasach) znalazła jednak tu i ówdzie schronienie. Ocalało parę nisz, wąskich szczelin, wypróbowanych kryjówek. Jedną z nich jest ulubiona rubryka redaktorów „FA-artu”, kącik nazwany Mój pierwszy raz. z dwutygodnika „Bravo”. Tu drobne wyjaśnienie: w rubryczce drukowane są krótkie utwory epickie małolatów, ot, literackie sprawozdania traktujące o tym, w jakich okolicznościach, gdzie, z kim i dlaczego doszło do utraty dziewictwa. Aliści każdy tekst z tej serii to klejnot. Dalibóg, istnieje jeszcze proza artystyczna nie dotknięta zwątpieniem! Dajmy jakiś dowód, zacytujmy dwa końcowe akapity opowiadania Agaty (17 lat):
„Zaczęliśmy się kochać. W jego ramionach czułam się nieprawdopodobnie szczęśliwa. Mój włoski przyjaciel był czuły, delikatny i wrażliwy na każdy mój ruch. Wyznania, szeptane po włosku, brzmiały w mych uszach jak muzyka. Ogarnęło mnie błogie ciepło…
Obudziły mnie promienie wschodzącego słońca. Otworzyłam oczy i rękami zaczęłam szukać 'złodzieja mojej cnoty'. Niestety, miejsce na piasku, obok mnie było puste…” („Bravo” 1998, nr 9, s. 15).
Przede wszystkim intryguje zaskakująca puenta. Czy Ricardo - bo tak ma na imię ów „złodziej cnoty” - to byt fantazmatyczny? Tym bardziej, że w opowiadaniu mowa jest o pustym „miejscu na piasku”, a więc nie idzie tu nawet o alegoryczny ślad (na piasku). A może Ricardo jest żartem, na co wskazuje tak aluzyjne imię „złodzieja cnoty”, jak i atrybut bohatera („wyznania szeptane po włosku” jako droga do orgazmu, co odsyła m.in. do Rybki zwanej Wandą)? W ogóle opowiadanie Agaty-lat-17 wydaje się niezwykle wyrafinowane i przewrotne. Dość powiedzieć, że podtrzymuje się tutaj szczególne napięcie między stereotypem i ekscesem fabularnym. Z jednej bowiem strony kochankowie „obżerają się spaghetti i pizzą” (niby rzymskie wakacje, a motyw jak z Włoch pod Warszawą), makaroniarz jest - a jakże - „superprzystojny” i „pięknie opalony”, z drugiej zaś strony Ricardo pojawia się wtedy, gdy narratorka-bohaterka skarży się na „zmęczenie gorącem” i wyczerpującymi „wędrówkami po Rzymie” (wytwór przegrzanej głowy?), no i same okoliczności kradzieży cnoty nie są bez znaczenia: nadzy na piasku (sic!)… gdybyż to kopulowały żółwie bądź kraby. Sytuacja lekturowa jak z dawnych, dobrych czasów… Czytelnik traci poznawczą pewność niczym cnotę na piasku, czyli wywiedziony w pole, gubi się w domysłach, oddaje się sensoproduktywnej pasji. Pyta samego siebie nie tyle o „pierwszy raz” Agaty, ile o magię pisarskiego słowa. Czy dał się nabrać (wpadł po uszy w pułapkę literackości), czy zachował czujność? Tak oto literatura raz jeszcze stała się wyzwaniem, problemem, zagadką, namiętnością… po prostu wszystkim.
Znaj proprcjum mocium panie. „Czas Kultury” coraz mniejszy! „Patrzę w lustro, na przyjaciół. Jacyś mniejsi. Pokorniejsi…” - śpiewała Kora w kawałku Szał niebieskich ciał. „Czas Kultury” zaniechał formatu A4 i proporcjonalnie zmniejszył się do B5. Graficznie bez zmian, wszytko po prostu się skurczyło. Poza tym nasz ulubiony „Czas” jakby skręcił w publicystkę. Czyżby redaktor Grupiński zaniechał zdobywania dotacji na działania para- i okołoliterackie, zaczął zaś zdobywać na problematykę społeczną? Hmm…
Trzej i ten czwarty. „Trzej Muszkieterowie krytyki” – bąknął Jarosław Klejnocki (Przez rzekę, w cieniu drzew. „Kresy” 1998, nr 1, s. 139). Bąknął na pozór skromnie, bo siebie samego wśród nich nie pomieścił. Atosem, Portosem i Aramisem polskiego zoilstwa współczesnego ogłosił: Przemysława Czaplińskiego (zazwyczaj AZS „Kresy” Lublin), Dariusza Nowackiego (1Postmodern Silesian FC „FA-art”) i Krzysztofa Uniłowskiego (jak wyżej). Klejnocki-skromniś? Bynajmniej, Jarosław Klejnocki (liczne kluby warszawskie, wychowanek Staropolskiego KS „Ogród”) pamięta, że z trzech muszkieterów najważniejszy był ten czwarty. Problem, o kim myśli Klejnocki, myśląc o d'Artagnanie, pozostawiamy rozwadze Czytelnika. Sami zaś przez skromność nie powiemy, kto tu zwyciężył w klasyfikacji drużynowej.
Aria Leona. Czy „rewolucja konserwatywna” (np. w prozie polskiej) to coś, co niegdyś nazywano (pełzającą) kontrrewolucją? Do jakichż łamańców językowaych przymusza nas polityczna poprawność! Przemysław Czapliński zaproponował nowego dziwoląga. Tym razem poznański polonista i krytyk lansuje „przełom nieprzełomowy” [sic!], radząc nam wszystkim, by czym prędzej zapomnieć o tradycyjnym wyobrażeniu przełomu, tj. takiego przełomu, który polega na przełomie (zob. wywiad z Czaplińskim w piśmie studenckim „Pro arte”, nr 9, s. 3-4). Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma?

Tajemniczy mężczyzna w Odrze. Wiadomość o przyznaniu Andrzejowi Sosnowskiemu nagrody miesięcznika „Odra” za rok 1997 cieszy, laudacji pióra Tomasza Majerana trzeba przyklasnąć, glosa Jacka Gutorowa też zgrabna. Wszystko cacy i na swoim miejscu. Mamy tylko jedno pytanie: kim jest facet ze zdjęcia umieszczonego w ramce komunikatu o nagrodzie („Odra” 1998, nr 4, s. 2)? Bo chyba nie Andrzejem Sosnowskim… Co prawda nie jesteśmy jakoś szczególnie przywiązani do idei kalos kagathos, mamy świadomość, że talent pisarski to i tak nadmiar bożej łaski, nie twierdzimy wcale, jakoby Andrzej S. dorównywał urodą Krzysztofowi Ibiszowi, lecz osobiste doznania wzrokowe redaktorów „FA-artu” nigdy nie były aż tak pesymistyczne - to, co widzieliśmy (na żywo), kłóci się z tym co widzimy (w „Odrze”). Nasze zdumienie jest doprawdy wielkie, zwłaszcza że podpis pod zdjęciem głosi: „Fot. Wilczyk”. Czy to ten Wilczyk (Wojciech), nadworny fotograf (głównie) młodych poetów? Nie do wiary! Czyżby to ten sam Wilczyk, który robiąc zdjęcia na okładkę Robaczywości Bartłomieja Majzla, dokonał cudu? Cudu polegającego na tym, że poeta Majzel stał się, przynajmniej na chwilę, jako byt zatrzymany w kadrze, przystojniejszy niż pierwowzór, czyli Marlon Brando z dobrych lat pięćdziesiątych? Konsternacja konsternacją, ale nadal nie wiemy, kim jest ów tajemniczy mężczyzna ze zdjęcia… Co się stało? Przede wszystkim: co się stało w redakcji „Odry”: może to jednak Sosnowski, którego redaktorzy postanowili wypromować na poetę tragizmu egzystencji czy też - przejęci datą posiedzenia, na którym nagrodę przyznawano (13.12.97) - na poetę stanu wojennego? W każdym razie: stanowczo protestujemy!
