piątek, 30 wrzesień 2016 14:08

Co słychać u Domarusa

Napisane przez M.K.E. Baczewski
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Cezary Domarus: cargo, fracht. Instytut Mikołowski. Mikołów 2016

Pojęcia z zakresu obrotu towarowego w handlu zagranicznym znajdą wreszcie należyte miejsce w polskiej poezji współczesnej. I będzie to miejsce z dawien dawna zasłużone, o tak, dotyczą bowiem owe pojęcia krwiobiegu dzisiejszego świata. My wiemy, że podczas pisania wielkiego dzieła filozoficznego O duchu praw Monteskiusz posługiwał się w głównej mierze zdrowym rozsądkiem. Jednakowoż zaczynając rozdział poświęcony zagadnieniom związanym z handlem, poprosił o wsparcie dziewice z góry pierejskiej (chodziło bodajże o niejakie muzy, ale ja nie wiem, czy nie prosperował tam jakiś dom uciechy). Na użytek tych oto rozważań wystarczy krótki ekskurs terminologiczny. Pojęcia „cargo” i „fracht” stosowane są w transporcie morskim. Z początku obydwa znaczyły po prostu ładunek statku (lingwistyczna podwójność – pamiątka z okresu rywalizacji hiszpańsko-niemieckiej w dziedzinie gospodarki żeglugowej). Niemniej z biegiem czasu wymienione terminy zostały zaadaptowane przez całą branżę logistyczną. Dziś znaczą odpowiednio: cargo – towar do przewiezienia, fracht – koszt transportu bądź też (w znaczeniu szerszym i potocznym) sam transport.

Miałem nadzieję, że w nowym tomie poetyckim Cezarego Domarusa znajdę więcej pojęć z tej branży. Zostało ich do omówienia mnóstwo: konosament, warunki dostawy, certyfikat fitosanitarny. Ale cóż, widocznie autor wolał zachować coś na przyszły raz. Mamy zatem nową książkę warszawskiego poety cargo, fracht i moglibyśmy domniemywać, że nic więcej tam nie ma, tylko cargo i fracht. Fracht został opłacony, to jest książka wydana (przyczynił się do tego czcigodny Instytut Mikołowski). Ale czy jest tam jakieś cargo? Zobaczymy.

Omówienie niniejsze nie będzie warte funta kłaków, jeśli nie cofniemy się na moment do poprzedniej książki autora cargo, frachtu. Otóż w 2013 roku nakładem tego samego Instytutu Mikołowskiego ukazała się książka Domarusa pod tytułem Podania. O doświadczaniu języka, rzecz będąca swoistym precedensem gatunkowym – nawet dla samego autora. Oko dociekliwego czytelnika zauważy osobliwość na skrzydełku okładki tomu cargo, fracht: w biogramie, skreślonym zapewne ręką samego poety, nie zostały odnotowane osiągnięcia prozatorskie Domarusa (a te obejmują trzy pozycje wydawnicze). Podania natomiast określono wysoce enigmatyczną definicją „zbiór tekstów”. Do jakiej dziedziny należałoby zaliczyć ów „zbiór tekstów”?

Książka ta jest fenomenalna i przemyślana od pierwszej do ostatniej strony. Otóż wyobraźmy sobie, że zwyczajny człowiek z ludu, z ulicy, zbudowany z substancji organicznej – że ów niepozorny ktoś nałyka się tych wszystkich nowomodnych teorii dotyczących języka. Fajnie jest tym żonglować w towarzystwie, zwłaszcza w takim towarzystwie, które posiada proporcjonalnie mniejsze obycie w naszej ulubionej materii. Ale cóż, jeśli te przywłaszczone teorie zaczną wyłazić w naturalnych – z pozoru! – sytuacjach konwersacyjnych? Nasz oczytany interlokutor dozna wówczas wstrząsu: sytuacje naturalne przestaną być naturalne i staną się przedmiotem elegijnych wzdychań. Teoria języka jest czymś, czego nie sposób dziś odrzucić. Chyba że się nic o niej nie wie.

Podania Domarusa to książka rzeczywiście specyficzna, bez precedensu na rynku wydawniczym. Mamy do czynienia ze swego rodzaju intelektualnym reportażem, rozrysowanym na kilkadziesiąt miniesejów, z zapisem obcowania ze światem rzeczywistym oglądanym przez pryzmat różnego rodzaju dociekań teoretycznoliterackich, lingwistycznych, filozoficznych. Wydatnie wpływa na wartość tej rzeczy fakt, że autor nie ogłasza akcesu do którejkolwiek z omawianych szkół teoretycznych, lecz notuje refleksje niejako piórem dociekliwego studenta, uśmiechając się od czasu do czasu pod wąsem: „No dobra, ale jak to działa?”. Najważniejsza teza Podań Domarusa brzmi więc tak: świadomość językowych teorii determinuje codzienny użytek języka.

Zgodnie z jedną z tych teorii powstawałby wówczas kwantowy stan wypowiedzi, w którym to stanie mówiący podmiot wygłaszałby następującą wątpliwość: „Ja nie wiem, czy przypadkiem nie zabiera głosu teraz moja podświadomość”.

Pierwszy bodaj w literaturze stan takiego teoretycznego zapętlenia opisuje znamienny przypadek pana Jourdain, który dowiedział się, że mówi prozą; co prawda zdarzyło mu się to w późnym wieku, ale od tej chwili nie mógł już przestać.

U Domarusa świadomość kategorii, intencjonalności i gatunku podąża śladem mówiącego podmiotu. Od raz nabytej samoświadomości języka nie sposób się uwolnić. Ona będzie biegła ludzkim śladem i mieszała szyki zdań.

Tak sobie myślę – znając historyczną twórczość autora cargo, frachtu z opowieści wojennych mojej babci – że opus tego artysty będzie się dzielił na dwa etapy: ten przed Podaniami i po Podaniach. Innej możliwości nie ma.

Z drugiej strony jest to kolejny ewenement, że zdobywszy taką wiedzę chce się jeszcze uprawiać twórczość poetycką, że widzi się w tym sens. Że wiedza, jak chcieliby tego niektórzy z pozytywistów, nie wyparła jeszcze mocowania się z materią potocznego języka. A przecież dowód takiego nastawienia trzymamy właśnie w ręku.

„Transportowa” książka naszego poety pozostaje w ścisłej relacji dyskursywnej z Podaniami, bez dwóch zdań. W nowym tomie poetyckim Cezary Domarus otwiera przestrzeń konfrontacji między rozmaitymi językami odnoszącymi się do poszczególnych dziedzin codziennej ludzkiej egzystencji. Pierwszą z tych sfer narracji nazwijmy (pro domo sua) dyskursem użyteczności publicznej. Znajdą się w tym zbiorze opowieści zarówno natury profesjonalnej, jak i te dotyczące zasobności materialnej: praca, dom, rodzina, zarobki, rzadziej pies. Bądźmy szczerzy: psa nie ma tu wcale, z tej przyczyny można uznać, że historie Domarusa traktują właśnie o psach. Koty są, ale w takiej liczbie, że lepiej byłoby przyjąć, iż nie ma ich wcale. Język użyteczności publicznej według Domarusa iście po wittgensteinowsku zamyka istotne problemy w pierścieniu oblężenia. Nie czyni im krzywdy. Ale przez to, że nie czyni krzywdy, skazuje właśnie na zapomnienie. Tyle że ta ostatnia konkluzja nie należy już do materii poetyckiej Domarusa. To spostrzeżenie piszącego te słowa.

Druga sfera językowego namysłu autora cargo, frachtu dotyczy tak zwanego small talku. Tę domenę wyznacza zestaw standardowych pytań, pytań o randze komunału: „Co u ciebie słychać?”, „Jak leci?”, „Jak jest?”. Cóż tedy z artykulacją istotnych problemów ludzkiego bytu? Small talk istotnie obraca się uporczywie wokół problemów istotnych, niemniej przy tym zgoła nieistniejących, ponieważ dyskurs small talku rozgrywa się w przestrzeni skrajnie skonwencjonalizowanej i nie ma w nim miejsca na wyrażenie komunikatu o treści personalnej. Na pytanie „Co słychać?” odpowiadamy po prostu „W porządku”, ponieważ tego rodzaju rutynowy głos wymaga właśnie rutynowej odpowiedzi.

Takie słowa uchodzą za tradycyjne zagajenia rozmowy, katalizatory konwersacji; odbijają jednakowoż ludzką niechęć do komunikowania wewnętrznej prawdy, być może jako zbyt skomplikowanej, być może po prostu jako zbyt ubogiej. Tak spełzają na niczym próby potocznego dopytywania o stan rzeczy. Tym samym przedmiot rozmowy staje się zbiorem pustym.

Autor podzielił tom na trzy części: 1) cargo, 2) fracht i 3) cargo, fracht. Pierwsza część zaczyna się od wiersza pod wiele mówiącym tytułem Warunki wstępne. Podmiot liryczny tego tekstu wydaje się wzdychać do czasów, kiedy komunikacja międzyludzka ograniczała się do opisu powierzchni zdarzeń. „Co słychać? Masz dużo roboty? Jesteś zdrowy? / Naprawdę, niewiele o tym wiadomo. Po prawdzie / jest dość cicho” (s. 9). Ta epoka, epoka zwyczajnej pogaduchy, odeszła w przeszłość. Zostaliśmy wygnani z raju normalnej rozmowy. Podmiot liryczny, uzbrojony w rynsztunek rozmaitych lingwistycznych teorii, nie będzie już w sposób nieuwarunkowany komunikował tez odnoszących się do własnej sytuacji.

Książka Domarusa opisuje zatem stan nieporozumienia, stan wyjałowienia codziennej, potocznej mowy. Tak szkicuje opisany stan rzeczy podmiot wiersza Temat zastępczy: „To niekoniecznie wiadomo, choć o tym mówimy” (s. 13). Otóż razem z tym zużyciem potocznego, „zwyczajnego” języka (i tu, jak się zdaje, docieramy do sedna tak zwanego przekazu tak zwanego poety) sam człowiek wypełzł ze znaczenia.

Język głębokiej powierzchni (gazetowy, popularnonaukowy) konfrontuje się z językiem powierzchownej głębi.

Podmiot wyraża stan komunikacyjny wieży Babel. Tyle że sprowadzony do poziomu jednostkowego bytu ludzkiego. Człowiek nie może się porozumieć sam ze sobą, ponieważ opanował zbyt wiele języków. Jak wobec takiej wiedzy można w ogóle marzyć o informowaniu i byciu informowanym? Mamy do dyspozycji zbiór skonwencjonalizowanych fraz i zwrotów.

Z punktu widzenia tego lirycznego wywodu owa „zwyczajna” pogawędka, pełna wytartych frazesów, komunikująca najgłębszą prawdę właśnie przez to, że wzbrania się ze wszystkich sił przed ogłaszaniem głębinowych treści, ona jest utraconym rajem wewnętrznej prawdy poszczególnego człowieka.

Na dobrą sprawę ten upadek obyczajów dotyczy nie tylko komunikacji językowej, lecz także dziedziny zwyczajowych rytuałów. Tak w wierszu Mieszczenie opisywany jest zespół pogrzebowych gestów: „Kwiaty złożone na piasku, w odruchu przywiędłych / zwyczajów. Jeden, możliwy do objęcia zgodą / nieskuteczny obszar. Piasek w garści, który nagle głupio / rzucić na drewno” (s. 15).

Ów krytyczny impet autora cargo, frachtu potwierdza chociażby krótki przegląd tytułów wierszy: Wiadomości, Temat zastępczy, Terminologia, Niedomówienie, Nazewnictwo i zew, Awaria tematu, Lokowanie produktu, Próba przekazu.

Na marginesie odnotuję, że pierwsza część tomu, cargo, przesączona jest gorzkim tembrem zapamiętałego ironisty. Oto zestaw trzech prześmiesznych aforyzmów z wiersza Wiadomości: „Człowiek łowi rajskie chwile – / nazajutrz ktoś łapie o niebo lepsze”; „Możesz na wszystko spojrzeć lepszym okiem – / lecz gorsze i tak uśredni wynik”; „Nie powiedziano tego najgorzej – / choć lepiej było nie słyszeć” (s. 12).

Druga część książki, fracht, zawiera czternaście utworów. Autor nadał poszczególnym tekstom ten sam tytuł – Postylla – i opatrzył je kolejnymi numerami. Krótkie objaśnienie terminu: postylla – rodzaj egzegetycznego komentarza do biblijnego tekstu. W teorii tekst reprezentujący ten gatunek literacki winien zrealizować ściśle określone wyznaczniki; ja jednak widziałem postylle będące rodzajem hermeneutycznego dryfu.

W Domarusowych Postyllach podmiot lityczny wydaje się wracać do idealistycznego spojrzenia na materię językowej komunikacji. To tu wyrażają się kolejne wzorce pierwotnej nadziei, której – być może – już i jeszcze nie ma, ale do której warto powrócić. Tak sformułowane postulaty wydają się diagnozą problemów międzyludzkiego porozumienia. Przytoczmy parę cytatów. Postylla: „bezwzględna całość jest do pomyślenia” (s. 39). Postylla 4 (herezja): „wszystko, czego tam trzeba / to płytka ciał wymowa” (s. 42). Postylla 11: „mówienie odwraca wzrok / skóra jest chłodna – bywa, że idzie / ślepo w nią wierzyć” (s. 49). Można byłoby przywołane tu sądy odczytać jako wyraz naiwnej wiary w istnienie takiego języka, który nie wytwarzałby nieporozumień – języka magicznej adekwatności słowa i rzeczy, nazwy i desygnatu. Ja jednak wolę prostsze wyjaśnienie. Otóż w sytuacji naturalnej rozmowy konwencjonalne znaczenie wypowiadanych słów wzbogaca się o rozmaite pozawerbalne konteksty: miejsce, czas wypowiedzi, unoszące się nad interlokutorami mgławice feromonów, rozpięte w przestrzeni pajęcze sieci gestykulacji, wreszcie modulacja głosu, mimika itd. One (o ile dobrze odczytuję intencje autora) nie mogą dojść do głosu w skomplikowanej materii językowej naszych czasów. Atrofii „naturalnych” sposobów wypowiedzi towarzyszy bowiem stan retorycznego rozpasania, nawarstwiania się rozlicznych modyfikacji języka mandarynów.

W kończącej drugą część Postylli 14 Domarus tak wyraża nadzieję na przystrzyżenie zanadto wybujałych zasobów leksykalnych będących (widocznie tak widzi ten problem autor cargo, frachtu) przeszkodą w autentycznej komunikacji: „przysłonić wzrok / gasząc nadmiar nazw / by – jak szkielet – / stać się kimś bliższym” (s. 52).

Cargo, fracht, inaczej mówiąc: ładunek i opłata transportowa wzięte razem. Ostatnia część lirycznego elaboratu Domarusa ma taki właśnie tytuł i być może odnosi się do potencjalnej zgodności treści i formy wypowiedzi, przekazu oraz nośnika. Przywołana zgodność w przestrzeni międzyludzkiej komunikacji znaczy być może tyle co sens (o ile to staroświeckie słowo ma jeszcze jakąś wartość semantyczną). Taka perspektywa rysuje się w wierszu Plamy na słońcu i skórze: „mówić jak każdy, by zyskać łatwość uczynków, doświadczyć dotyku / na lądzie skleconym z cudownych obrazów” (s. 56). Ale jak dokonać rekonstrukcji abstrakcyjnej postaci „każdego”, skoro każdy „każdy” posługuje się jakimś rodzajem idiolektu? Ogólnie rzecz biorąc, warszawski poeta proponuje wykonanie jakiegoś kroku wstecz.

Słowa pierwotne, dziś już zapomniane, niosące (o tak!) ładunek prawdy, komunikujące o stanach ducha mówiącego podmiotu, komunikujące w wystarczającym stopniu, aby odbiorca komunikatu był należycie powiadomiony – oto utopijny projekt Domarusa w pełnym blasku. W gruncie rzeczy otrzymaliśmy od tego poety diariusz wizjonera. Oto fragment z wiersza Poranek: „widzieliśmy ciepło, które trzeba było przełożyć / z języków jeszcze nie powstałych; ze słów, które nie dobrnęły / do żadnych ust (…) liczyliśmy na własne niezrozumienie, by odzyskać krok” (s. 61). Inaczej mówiąc, cargo, fracht to próba opracowania planów odbudowy dróg i mostów porozumienia. Próba rekonstrukcji wegetatywnej, „naturalnej” postaci językowego komunikatu. Na taki trop interpretacyjny wskazywałaby lektura ostatniej książki Domarusa przez pryzmat kultowych Podań.

Taki jest ten „nowy” Domarus: westchliwy, sentymentalny w rewirach wewnętrznej jaźni, wierzący w zadzierzgnięcie rzetelnych komunikacyjnych relacji – prawdziwy liryk, prawdziwy poeta. Wy się odczepcie od niego, państwo poprawiacze świata. Czy tak zwana krytyka społeczna jest obecna w dziele Domarusa? Ja takowej nie zlokalizowałem. Ale Czytelnikom życzę szczęścia. Cokolwiek to znaczy.

Moja opinia jest następująca. Sądzę, że ten poeta szczególnie długo i ze szczególnym pietyzmem, z jakimś kompetentnym namaszczeniem przemyśliwa nad tym, co odpowiedzieć na standardowe pytanie „Co słychać?”. Być może w następnym tomie zostanie udzielona taka odpowiedź. Ja będę na taką kreację czekał z zapartym tchem.

Czytany 5582 razy Ostatnio zmieniany środa, 30 listopad 2016 14:47
Więcej w tej kategorii: « Spytaj konsultanta

może zainteresuje cię też…

  • Wszyscy jesteście postmodernistami!
    Wszyscy jesteście postmodernistami!

    Konrad C. Kęder: Wszyscy jesteście postmodernistami! Szkice o literaturze lat dziewięćdziesiątych XX w.
    Wydawnictwo FA-art 2011. ISBN 978-83-60406-13-7​
    e-book: Wydawnictwo FA-art. Katowice 2015. ISBN 978-83-60406-54-0

    „Panie i Panowie! Poetki i poeci! Urodzeni po 1960 roku laureaci konkursów i przyszli nobliści! Wszyscy jesteście postmodernistami. A jeśli wy jesteście postmodernistami — to ja nie (chociaż kiedyś byłem)”.

    w szkice Czytaj dalej...

Strona www.FA-art.pl wykorzystuje informacje przechowywane w komputerze w formie tzw. ciasteczek (cookies) do celów statystycznych. Dowiedz się więcej.