„Mam nadzieję, że znajdujemy się właśnie w decydującym momencie tej przygody, na progu nowej racjonalności, która przestała wreszcie utożsamiać naukę z pewnością, a prawdopodobieństwo z niewiedzą.” napisał Ilya Prigogine w swojej książce Kres pewności. Czas, chaos i nowe prawa natury.

Ze wszystkich grzechów głównych za najsympatyczniejszy zawsze mieliśmy pychę. Uściślijmy, chodzi o ten rodzaj pychy, jaki się przejawia w zaufaniu intelektu do siebie samego. Cóż, mierzyć intelektem świat i siebie to cokolwiek prostackie oraz naiwne, gdyby jednak intelekt obrócić przeciwko niemu samemu… Niechaj penetruje własne granice, niech rozpoznaje swoje uroszczenia. Właśnie z prawdopodobieństwem i przygodnością jest mu do twarzy. Z pewnością mieszkańcy Jerozolimy to właśnie nazwaliby pychą, a mieszkańcy Aten – hybris, my jednak – na całe szczęście – mieszkamy na prowincji pewnego prowincjonalnego kraju…

Zawsze naszą szczególną sympatię budził ten nurt w postmodernizmie, którego znakiem firmowym była hiperracjonalistyczna krytyka nowoczesnych mitów. Zawsze najbliższą była nam literatura, która nie chce zapomnieć o przygodach awangardy, ale jednocześnie pozostaje wolna od awangardowych złudzeń.

Zawsze niepomiernie nas bawił programowy irracjonalizm, literackie wykopki na polu pełnym wcześniej zakopanych tam archetypów, newage’owskie galopady po słownikach symboli. W czasach, gdy Oświecenie stało się dyżurnym chłopcem do bicia, my czuliśmy do niego sympatię, jaką się ma dla własnego dziecięctwa. Bo chociaż ambicje Encyklopedii były właśnie dziecinne, to powiastki filozoficzne zawsze czytaliśmy z wypiekami na twarzy. Chyba dlatego dobrze nam w towarzystwie wszystkich Kubusiów tego świata: Fatalisty, Derridy i Puchatka.

Gdyby jednak komuś przyszło do głowy nazywać teorię chaosu przefarbowanym postmodernizmem, to będziemy musieli mu na tę głowę spuścić zimny prysznic. Znajdujemy samych siebie „między – by znów użyć słów Prigogine’a – dwoma wiodącymi do alienacji koncepcjami: między światem rządzonym w pełni deterministycznymi prawami, gdzie nie ma miejsca na nowość, a światem rządzonym przez Boga, który gra z nami w kości, gdzie wszystko jest przypadkowym absurdem.” Postmoderna, choć zaczyna się tam, gdzie nie ma miejsca na nowość, to jednak też dokładnie w tym samym miejscu się kończy.

W grudniu po południu oficjalnie skończył się w „FA-arcie” postmodernizm. Jeśli chodzi o resztę Polski, to na ogłoszenie końca postmodernizmu przyjdzie pewnie jeszcze trochę poczekać – póki w TV nie dorwie się do głosu jakaś aktorka.

 

Konrad C. Kęder
Krzysztof Uniłowski